Pokazywanie postów oznaczonych etykietą TVP. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą TVP. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 września 2007

Pani nadredaktor "Wiadomości" z misją

Wymyśla tematy, przynosi przecieki, sugeruje pytania, redaguje teksty. Czasami nawet sama je pisze. Patrycja Kotecka, wicedyrektor Agencji Informacyjnej TVP, haruje tak ciężko dla dobra PiS.


Patrycja Kotecka nie może uwierzyć, że ktoś wierzy Januszowi Kaczmarkowi, że minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro inwigilował opozycję, dziennikarzy i biznesmenów. Oglądając "Fakty TVN", akurat o Kaczmarku, oburza się: - Jak można go bronić? Wysypał całą akcję CBA! Zdradził!

Dziennikarze "Wiadomości" zwracają uwagę, że to wersja prokuratury, a sąd orzeknie, jak było. Kotecka nie zraża się: - Jestem przekonana, że to zrobił!

- Bardzo osobiście traktuje wszystko, co się dzieje w polityce, jest bardzo zaangażowana. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby tego zaangażowania nie przenosiła wprost na pracę. Bardzo się stara, by "Wiadomości" nie skrytykowały Ziobry, premiera czy PiS w ogóle - mówi jeden z jej podwładnych.

Uporczywie ginące cytaty Ziobro

Gdy Ziobro na konferencji prasowej w sobotę 1 września, dzień po konferencji prokuratora Engelkinga, zagroził opozycji ("Donaldu Tusku", Romanowi Giertychowi, Andrzejowi Lepperowi i Andrzejowi Olejniczakowi), że pokaże na nich nowe dowody, "Wiadomości" to przemilczały.

Kotecka tłumaczyła w redakcji, że następnego dnia Ziobro się z tego wycofa, więc nie ma co ludziom w głowach mieszać.

Rzeczywiście, w niedzielę Ziobro tłumaczył się z sobotniej wypowiedzi i to Kotecka zacytować pozwoliła. Gdy reporter chciał przypomnieć, co dzień wcześniej mówił Ziobro, okazało się, że nigdzie nie ma zapisu z tej konferencji!

Kotecka szczególnie interesowała się tym tematem, więc podpowiadała reporterowi, co ma pisać. - W końcu sama napisała - relacjonują dziennikarze "Wiadomości".

A informacja brzmiała niczym komunikat prasowy Ministerstwa Sprawiedliwości: "Wczoraj Zbigniew Ziobro mówił o faktach, które mają świadczyć o liderach opozycji. Dziś nie pozostawił wątpliwości, że świadczyć o nich będą kolejne dowody w sprawie Janusza Kaczmarka i przecieku ze sprawy CBA".

Wcześniej zaginęła też kaseta ze słynnym cytatem Ziobry o zatrzymanym przez CBA kardiochirurgu dr. G.: "Nikt nigdy przez tego pana życia pozbawiony nie będzie". - Kiedy okazało się, że nie mamy kasety z tym cytatem, postanowiliśmy go spisać i pokazać na ekranie. Wtedy Kotecka przyniosła kasetę, coś tam bąknęła, że właśnie ją znalazła. Nikt jej nie uwierzył - opowiada jeden z reporterów.

Skąd ta szczególna troska o Ziobrę? Ziobro kiedyś przyznał, że Kotecka jest z nim związana. Czy nadal tak jest - nie wiadomo.

Precedensowa pracoholiczka

Gdy wybuchała afera Kaczmarka, Kotecka instruowała dziennikarzy, o co mają go pytać, jaki wydźwięk ma mieć tekst. - Wiadomo było, o co jej chodzi - by podważyć wiarygodność Kaczmarka i by nie zaszkodzić Ziobrze - przekonują dziennikarze "Wiadomości".

Zaangażowanie Koteckiej w bieżące redagowanie programu informacyjnego to precedens. Dotąd jeszcze żaden z dyrektorów Agencji Informacji tak się nie zachowywał. - I nie chodzi o to, że kogoś wkurza jej pracowitość, ale to, czemu ona służy. A służy władzy - mówią reporterzy "Wiadomości".

Parę miesięcy temu Kotecka nie wahała się publicznie mówić do reporterów, wydawców i prezenterów "Wiadomości" TVP, że jakiegoś materiału nie puści, bo "to może zaszkodzić PiS-owi". Gdy "Gazeta" o tym napisała, Kotecka już głośno nie używa tego argumentu. Ale robi to samo.

Czasami Kotecka sama zachowuje się jak reporter: przynosi newsy, przecieki, dokumenty. - Ma swoje źródła, ale tylko po jednej stronie - mówią w "Wiadomościach". - W PiS-ie, w rządzie, w Ministerstwie Sprawiedliwości, prokuraturze.

Dziennikarze przypominają, że po aresztowaniu kardiochirurga G. dała reporterowi dokładne dane świadków zeznających przeciwko lekarzowi. - To była ordynarna manipulacja, materiał nie powstał - opowiadają reporterzy.

Kręgosłupów nie łamie, tylko manipuluje

Większość nie odmawia Koteckiej, słucha jej sugestii i korzysta z pomocy przy pisaniu tekstów. - Zespół reporterów "Wiadomości" został w 80 proc. wymieniony, dotyczy to przede wszystkim reporterów politycznych - mówi jeden z byłych już dziennikarzy TVP. - Stało się to wiosną i latem, po objęciu funkcji prezesa przez Andrzeja Urbańskiego, człowieka bliskiego obu braciom Kaczyńskim.

Nowi to dziennikarze z publicznego radia, regionalnych ośrodków TVP czy Superstacji. - Ale nie ma żadnego łamania kręgosłupów. Jednymi łatwo się manipuluje, bo niewiele rozumieją, inni po prostu uważają, że robią karierę, więc nie mogą się dąsać. Faktycznie, z dnia na dzień stali się czołowymi reporterami politycznymi największego programu informacyjnego - mówią ci "starzy".

Sami unikają robienia politycznych tematów, więc jest im na rękę, że Kotecka teraz zleca je nowym.

I czekają na wybory. Na to, że PiS je przegra, a Urbański wraz Pati Koti (tak nazywają Kotecką w "Wiadomościach") szybko zostaną wyrzuceni z TVP.

Rzecznik TVP Aneta Wrona pytana o wymienione w tekście przypadki ingerencji Koteckiej w treść "Wiadomości", odpowiedziała: "Wszelkie decyzje podejmowane w Agencji Informacji są zgodne z jej strukturą wewnętrzną".

Agnieszka Kublik
Gazeta Wyborcza
13-09-2007

wtorek, 4 września 2007

TVP obstaje przy dzielonych programach, KRRiT zapowiada karę

Telewizja Polska SA - mimo ostrzeżeń Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji - nie zrezygnuje z emitowania programów rozrywkowych w częściach, podzielonych przerwami reklamowymi.

- Działamy zgodnie z prawem i nie będziemy niczego zmieniać - mówi członek zarządu TVP Robert Rynkun-Werner. W czwartek Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji wydała stanowisko potępiające zamiar telewizji publicznej emitowania audycji w częściach oddzielonych reklamami. Chodzi o programy rozrywkowe z nowej ramówki: "Przebojową noc" (TVP 1) i "Gwiazdy tańczą na lodzie" (TVP 2). Przewodnicząca KRRiT Elżbieta Kruk powiedziała nam, że jeśli TVP zrealizuje ten plan, regulator nałoży karę finansową (nadawcy publicznemu nie wolno przerywać audycji w celu nadania reklam).

RUT
Press
03-09-2007

piątek, 31 sierpnia 2007

TVP chce przerywać programy reklamami

Elżbieta Kruk, szefowa Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, ostrzega telewizję publiczną. Jeśli TVP przerwie "Gwiazdy tańczą na lodzie" czy "Przebojową noc" reklamami, to może zapłacić wysoką grzywnę.

Władze TVP wymyśliły, że skoro oba programy oglądać będą tysiące widzów, to warto by w ich czasie wyemitować reklamy. Jak? Dzieląc te programy na dwie części i puszczając reklamy w przerwie. TVP zarobiłaby na nich olbrzymie pieniądze.

Ale KRRiTV te plany popsuła. Elżbieta Kruk twierdzi, że to wbrew misji telewizji publicznej, bo przecież TVP dostaje pieniądze z abonamentu. Dlatego takie sztuczki są wbrew prawu. Bo TVP nie może przerywać programów reklamami - nawet jeśli podzieli je na dwie części.

Jeśli jednak szefowie TVP dalej będą chcieli przeforsować swoje plany, to KRRiTV najpierw każe im przestać wyświetlać reklamy, a jeśli to nie pomoże, to TVP może zapłacić wysoką karę.

Andrzej Mężyński
Dziennik.pl
30-08-2007

piątek, 3 sierpnia 2007

Czyszczenie "Wiadomości"

Z "Wiadomości", głównego dziennika TVP, odchodzą ci, którzy nie bali się głośno mówić, że program staje się propagandową tubą władzy


- Tą firmą rządzą politycy - mówi "Gazecie były już reporter "Wiadomości" Tomasz Lipko - prezes telewizji Andrzej Urbański na spotkaniu z nami powiedział, że jedyną formą protestu, jaką przewiduje, jest złożenie wymówienia. To złożyłem.

Lipko tłumaczy, że choć nie zajmował się polityką, nie mógł już dłużej udawać, że nie widzi politycznych nacisków.

Dziennikarze "Wiadomości" twierdzą, że o tym, co ma się ukazać w dzienniku, decyduje "polityczny komisariat", czyli szef Agencji Informacji Jarosław Grzelak, jego zastępca Patrycja Kotecka (ma nikłe doświadczenie telewizyjne, za to, jak mówią w "Wiadomościach", dobre układy w PiS) i szefowa "Wiadomości" Dorota Macieja. Dziennikarze mówią, że "komisariat" kieruje się kryteriami politycznymi: powołując się na racje stanu, pilnuje, by w dzienniku ukazywały się informacje nieszkodzące PiS.

W "Gazecie" opisywaliśmy kilka przypadków takich ingerencji w materiał, by jak najmniej szkodził partii rządzącej. Np. na wiosnę w relacji z pogrzebu Barbary Blidy, byłej posłanki SLD, która popełniła samobójstwo, gdy do jej domu wkroczyła ABW, kierownictwo "Wiadomości" zakazało puszczenia słów senatora Kazimierza Kutza, że Blidę "zabili ludzie o kamiennych sercach". Potem Kotecka razem z szefową "Wiadomości" próbowały ocenzurować kazanie abp. Michalika, który zganił PiS za podejście do ustawy antyaborcyjnej.

Do prawdziwej awantury doszło w czerwcu, w dniu, w którym policja zepchnęła z jezdni protestujące pod kancelarią premiera pielęgniarki. Macieja zażądała, by nie była to pierwsza informacja dziennika, bo TVP nie będzie pokazywać incydentalnej sprawy kilku pielęgniarek, które same nie wiedzą, czego chcą, a na dodatek to sprawa polityczna. Dziennikarze "Wiadomości" od razu zwrócili uwagę, że takich samych argumentów używa premier i liderzy PiS. Macieję wspierała Kotecka. Ale zespół wsparł wiceszef "Wiadomości" Grzegorz Kozak (wydawca z ponaddziesięcioletnim stażem) i dlatego materiał o pielęgniarkach ukazał się jako pierwszy. Od wtedy było jasne, że Kozak z "Wiadomości" będzie musiał odejść. I odchodzi. Nie jest już wiceszefem "Wiadomości" i wydawcą. Dowiedział się o tym przypadkiem, podczas urlopu. Dostał propozycję pracy w tworzonym kanale informacyjnym TVPInfo.

Po sprawie pielęgniarek doszło w "Wiadomościach" do buntu: redaktorzy i reporterzy poprosili o spotkanie prezesa Urbańskiego, chcieli, by - zgodnie ze swoimi obietnicami, składanymi po przyjściu do TVP - zatamował polityczne naciski. Ale Urbański stanął po stronie Maciei, Koteckiej i Grzelaka. Twardo zapowiedział, że to nie dziennikarze będą decydować o kształcie programu, a szefostwo. - Zrozumieliśmy, że Urbański popiera polityczny komisariat. I że teraz zaczną się czystki. I się zaczęły - komentują dziennikarze.

Gdy prezenter głównego wydania "Wiadomości" Marcin Leśkiewicz zapytał Urbańskiego, jak ma prowadzić program, skoro jest on nierzetelny, usłyszał, że w IV RP nie ma obowiązku prowadzenia "Wiadomości". Dwa tygodnie później Leśkiewicz z dnia na dzień został zwolniony, choć umowa wygasa mu w 2009 r.

Monika Sieradzka i Piotr Jaźwiński wydawcy "Wiadomości", którzy jak Grzegorz Kozak protestowali przeciwko politycznym naciskom, zostali już częściowo odsunięci od wydawania. Zastąpili ich nowi wydawcy, m.in. Rafał Kotomski, dziennikarz z Poznania, który jest sygnatariuszem apelu w obronie wiceprezesa PR Jerzego Targalskiego (słynie z obcesowego zachowania wobec podwładnych). To w "Wiadomościach" przygotowanych przez Kotomskiego nie było ani słowa o tym, że nowy minister rolnictwa Wojciech Mojzesowicz wystąpił w roli negatywnego bohatera w słynnym nagraniu Renaty Beger. Mojzesowicz, używając słów uważanych za obelżywe, usiłował nakłonić Beger do przejścia do PiS.

W "Wiadomościach" coraz więcej młodych twarzy - to niedoświadczeni dziennikarze z regionalnych ośrodków telewizyjnych bądź radiowych. - To nie gwarantuje, że "Wiadomości" będą programem robionym na przyzwoitym poziomie - mówią dziennikarze. Obawiają się, że tymi młodymi i niedoświadczonymi będzie łatwiej manipulować.

Grzelak, Kotecka i Macieja mają zakaz rozmów z prasą. W chwili zamykania tego wydania "Gazety" rzecznik TVP Aneta Wrona nie odpowiedziała na pytania o sytuację w "Wiadomościach". Wcześniej odmawiała odpowiedzi na pytania o naciski polityczne.

Agnieszka Kublik
Gazeta Wyborcza
03-08-2007

wtorek, 17 lipca 2007

TVP zwalnia prezentera "Wiadomości" Leśkiewicza

Główny prezenter "Wiadomości" TVP Marcin Leśkiewicz został wczoraj zwolniony. Wcześniej protestował przeciwko cenzurowaniu informacji.


Według źródeł "Gazety" szef Agencji Informacyjnej Jarosław Grzelak wręczył wczoraj Leśkiewiczowi wypowiedzenie. W piśmie nie było określonego powodu. Gdy prezenter zapytał, co się stało, usłyszał, że ma "nieprawidłowe podejście do zawodu dziennikarza i nie rokuje nadziei na poprawne relacje z kierownictwem". Leśkiewicz miał z TVP kontrakt do 2009 r. - Potwierdzam, że zostałem zwolniony i nie mam już obowiązku świadczenia pracy. O szczegółach nie mogę mówić - powiedział wczoraj "Gazecie".

Leśkiewicz został wiodącym prezenterem głównego programu informacyjnego telewizji publicznej po tym, jak w marcu zwolniono prezesa Bronisława Wildsteina, a jego miejsce zajął Andrzej Urbański. W proteście przeciwko wyrzuceniu Wildsteina zrezygnowała z pracy prowadząca "Wiadomości" Dorota Gawryluk.

Według dziennikarzy TVP, którzy rozmawiali z "Gazetą", po krótkim okresie liberalizacji polityki informacyjnej w "Wiadomościach" wrócono do sterowania informacjami, tak by były one korzystne dla PiS. Czuwała nad tym szefowa "Wiadomości" Dorota Macieja i Patrycja Kotecka, zastępczyni szefa Agencji Informacyjnej TVP. Podpadł im Leśkiewicz, który protestował przeciwko próbom cenzury.

W "Gazecie" opisywaliśmy, jak w relacji z pogrzebu Barbary Blidy, byłej posłanki SLD, która popełniła samobójstwo, gdy do jej domu wkroczyła ABW, kierownictwo "Wiadomości" nie puściło fragmentu przemówienia senatora Kazimierza Kutza, że Blidę "zabili ludzie o kamiennych sercach". Potem Macieja z Kotecką próbowały ocenzurować kazanie bp. Michalika, który zganił PiS za podejście do ustawy antyaborcyjnej. Nie chciały też, by w czołówce serwisu znalazła się informacja o usunięciu przez policję protestujących pielęgniarek z jezdni przed kancelarią premiera.

We wszystkich tych wypadkach spierał się z nimi głównie Leśkiewicz. - Prawie cały zespół napisał po tych incydentach list do prezesa Urbańskiego z prośbą o spotkanie. Prezes na spotkanie przyszedł z dyktafonem. Powiedział, że demokracja demokracją, ale jak się komuś nie podoba, to może się zwolnić. Kiedy Leśkiewicz spytał, co ma robić, jeżeli uważa, że coś jest sprzeczne z ideą obiektywizmu i niezależności dziennikarskiej, Urbański powiedział: Panie Marcinie, nie ma obowiązku prowadzenia "Wiadomości" w Rzeczypospolitej - opowiada dziennikarz "Wiadomości".

Nie wiadomo, kto teraz będzie głównym prezenterem. W oficjalnym stanowisku rzeczniczki TVP Anety Wrony czytamy, że z badań opinii telewidzów wynikało, że Leśkiewicz nie wzbudza ich zaufania. TVP zaprzecza też, jakoby w "Wiadomościach" dochodziło do cenzurowania materiałów.

knysz, w
Gazeta Wyborcza
17-07-2007

piątek, 6 lipca 2007

PO do KRRiT: TVP rażąco łamie prawo i dobre obyczaje

Platforma Obywatelska złożyła w piątek wniosek do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji o podjęcie wobec Telewizji Polskiej SA czynności kontrolnych i nadzorczych, w związku z "rażąco sprzeczną z prawem i dobrymi obyczajami" decyzją TVP o odmowie emisji antypisowskiego spotu PO. Spot zestawiał wysokie zarobki działaczy PiS z pensjami lekarzy i pielęgniarek.


Platforma zaskarżyła też działania TVP do Rady Etyki Mediów. Zarzuca Telewizji Polskiej stosowanie cenzury prewencyjnej.

We wniosku do szefowej KRRiT Elżbiety Kruk PO zwróciła się o podjęcie wobec TVP "natychmiastowych działań prawnych", w szczególności zażądania od TVP szczegółowych wyjaśnień w zakresie zgodności z prawem odmowy emisji spotu PO. Platforma chce też, aby KRRIT wezwała TVP do "zaniechania działań w zakresie dyskryminacji i stosowania cenzury prewencyjnej wobec PO".

PO zarzuca TVP naruszenie artykułów konstytucji zapewniających: wolność działania partii politycznych, równość wszystkich wobec prawa oraz zakazujących cenzury prewencyjnej środków masowego przekazu i gwarantujących wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji.

Platforma twierdzi, że TVP naruszyła zapis ustawy o radiofonii i telewizji, zgodnie z którym jednostki publicznej radiofonii i telewizji stwarzają partiom politycznym możliwość przedstawienia stanowiska w węzłowych sprawach publicznych. PO zgłasza też naruszenie ustawy o partiach politycznych, zgodnie z którym zapewnia się im prawo dostępu do państwowego radia i telewizji.

W spocie Platforma zestawiła zarobki ludzi PiS - prezesa zarządu Stoczni Gdańskiej Andrzeja Jaworskiego (31 tys. zł) i prezesa zarządu KGHM Krzysztofa Skóry (55 tys. zł) z zarobkami: lekarza po 13 latach pracy, zarabiającego 1840 zł i nauczycielki z 28-letnim stażem i 1618 zł pensji. Zza kadru, na tle zdjęć m.in. z powołania do rządu Andrzeja Leppera słychać: "PiS obiecywał solidarne państwo i opiekę nad słabszymi, a zadbał tylko o własny interes". Na ekranie pojawia się czerwony napis "Oszukali".

Spoty Platformy wyemitowały telewizje TVN24 i Polsat, mają one też wersję radiową i internetową.

TVP: przed emisją ekspertyza prawna

TVP uznała natomiast za konieczne przeprowadzenie ekspertyzy prawnej niezbędnej ze względu na wątpliwości co do treści i formy reklamówki PO, dlatego wstrzymała emisję do momentu otrzymania ekspertyzy.

Przed dwoma tygodniami dom mediowy, który na zlecenie PO kieruje kampanią wysłał pismo do TVP, że zatrzymuje emisję spotu ze względu na zakończenie tej części kampanii.

Rzeczniczka TVP Aneta Wrona poinformowała że prezes TVP Andrzej Urbański po zapoznaniu się z ekspertyzami prawnymi podjął w piątek przed dwoma tygodniami decyzję o wyemitowaniu spotów Platformy. Jednak - jak podkreśliła - ze względu na późne godziny wieczorne nie można było już uruchomić odpowiednich procedur, a w poniedziałek Platforma wycofała się z emisji.

Nowak: TVP podjęła decyzję polityczną

"Kompletną bzdurą" nazwał wersję rzeczniczki TVP Sławomir Nowak, który współodpowiada za kampanie medialne PO. Tłumaczył, że poprzez Biuro Reklamy TVP mogła poinformować PO, że ostatecznie zgadza na emisję, a decyzję o wycofaniu emisji PO podjęła właśnie ze względu na "bezczynność" telewizji publicznej.

W uzasadnieniu wniosku do KRRiT PO podkreśla, że TVP nie wskazała żadnych konkretnych przepisów ustawy, co do których mogłyby się pojawić wątpliwości natury prawnej. Śledząc doniesienia medialne - twierdzi PO - należy przyjąć, że "decyzję w tej sprawie podjęto jedynie z powołaniem się na argumenty o charakterze politycznym".

az, PAP
Gazeta.pl
06-07-2007

Tomasz Lis o "komisarzach politycznych PiS" w TVP

Przed warszawskim sądem starły się wczoraj publiczna TVP i prywatny Polsat. Poszło o polityczną niezależność, a więc wiarygodność.

Jak na procesy o ochronę dóbr osobistych sprawa jest niezwykła, może nawet precedensowa. TVP domaga się od Polsatu i reporterki "Wydarzeń" Małgorzaty Zientkiewicz przeprosin i 20 tys. zł na cel społeczny.

Zarzuca konkurencyjnej stacji, że naruszyła dobre imię publicznej telewizji, a tym samym naraziła na szwank jej wiarygodność stacji.

Poszło o materiał w "Wydarzeniach" z lipca 2006 r. Zwłaszcza o słowa (przywołane za anonimowymi rozmówcami z TVP): "PiS cenzuruje nam program", "komisarze polityczni pojawili się na etatach w redakcjach informacyjnych".

TVP kwestionuje też omówione w "Wydarzeniach" dane o spadającej oglądalności programów informacyjnych TVP oraz pasma publicystycznego "Nie ma przebacz" (niewielu je pamięta, bo z powodu braku zainteresowania widzów zniknęło z anteny). Analizą danych zajęły się przed sądem panie z biur programowych obu stacji.

Po prezentacji tabelek za barierką dla świadków stanęły gwiazdy mediów. Najpierw Andrzej Mietkowski powołany przez b. prezesa TVP Bronisława Wildsteina na szefa TAI, potem Agencji Informacji (odszedł z TVP, gdy Wildstein stracił prezesurę).

Uznał materiał Polsatu za nierzetelny, zaprzeczył, by w TVP pojawili się "komisarze polityczni", bo nie spotkał się z takimi stwierdzeniami z ust dziennikarzy.

- Albo nie mieli do niego zaufania, albo ich nie słuchał - komentował w kuluarach mec. Marek Markiewicz, pełnomocnik Zientkiewicz.

Tomasz Lis, członek zarządu Polsatu odpowiedzialny za programy informacyjne, zaczął od deklaracji: - To była moja prośba, żeby nie przepraszać za cokolwiek, bo nie została złamana żadna reguła rzetelnego dziennikarstwa.

Pochwalił Zientkiewicz za profesjonalizm, wziął na siebie odpowiedzialność za jej materiał, bo zeznał, że zapoznał się z nim przed emisją.

Na godzinę sala sądowa zamieniła się jakby w jego program "Co z tą Polską".

- Można próbować dowodzić, że czysto polityczne nominacje nie mają związku z tym, jak telewizja publiczna funkcjonuje, ale to skazane jest na niepowodzenie - mówił.

Sędzia Krzysztof Kluj: - Za pomocą jakich mechanizmów wola partii politycznych przekładana jest na język audycji informacyjnych?

Mietkowski: - W czasie, kiedy kierowałem agencją, nie poznałem takiego mechanizmu, ale mogę sobie taki mechanizm wyobrazić.

Lis: - Na trzy sposoby: czasem dzwoni ktoś z samej góry (zarządu) do szefa programu albo do wydawcy, jeśli ma do niego zaufanie; wydawca mówi, jak ma być; po jakimś czasie dziennikarz sam wie, bo to jego być albo nie być w telewizji.

Tomasz Lis mówił dalej: - Ryba psuje się od głowy. Wybiera się politycznie przechyloną KRRiT, ta wybiera polityczną radę nadzorczą, ta polityczny zarząd i tak to idzie w dół, czasem aż do wydawców i dziennikarzy. Władza wzięła wszystko, mianowała ludzi, co do których lojalności nie miała wątpliwości. Ale okazało się, że najwierniejsi z wiernych okazali się wierni za mało, gdy zaostrza się rewolucja.

Tu Lis przywołał Bronisława Wildsteina, który w lutym - po odwołaniu z szefa TVP - twierdził, iż stało się to z "przyczyn politycznych".

W sądowych kuluarach Lis, a na sali rozpraw pełnomocnik Małgorzaty Zientkiewicz, deklarowali, że byli dziennikarze TVP są skłonni zeznawać i wskazać "politycznych komisarzy PiS".

Może stanie się to w październiku, na następnej rozprawie.

wrób
Gazeta Wyborcza
06-07-2007

środa, 4 lipca 2007

Liga nie dopuści Sierakowskiego do TVP?

Sławomir Sierakowski to naczelny lewicowej "Krytyki politycznej". Nowy prezes TVP Andrzej Urbański zapowiedział, że da mu poprowadzić własny program w telewizji publicznej.

O tym, że lewicowego okienka nie ma w powakacyjnej ramówce, napisał wczoraj "Dziennik". Nie zgadza się LPR i jej przedstawiciel w zarządzie TVP Piotr Farfał. Politycy Ligi zrównują "Krytykę" z rasistowską organizacją Redwatch, zarzucają jej również szerzenie pornografii. Sierakowski chce ich za to podać do sądu.

- Jestem zaskoczony. Nie myślałem, że telewizja ulegnie skandalicznym atakom polityków LPR. Projekt mojego programu został świetnie przyjęty, telewizja już w czerwcu chciała kręcić odcinki próbne. Byłbym zdziwiony, gdyby się okazało, że prezes Urbański po licznych deklaracjach, że pomysł mu się podoba, teraz zmienił zdanie - mówi "Gazecie" Sierakowski.

Rzeczniczka TVP Aneta Wrona napisała nam, że "trwają prace nad oceną projektu", a prezes Urbański nie zdecydował o jego odrzuceniu. Potem dodała: - Program nie spadł z ramówki, bo nigdy go w niej nie było. Nie został jeszcze zaakceptowany, TVP nie dostała jego kosztorysu. Rozmowy ze Sławomirem Sierakowskim trwają.

wbs
Gazeta Wyborcza
04-07-2007

wtorek, 3 lipca 2007

Telewizja cenzuruje swój własny program

Małgorzata Raczyńska, dyrektor TVP 1, wstrzymała materiał o biurze podróży Neckermann w programie "Na celowniku". Reporterzy i producenci dokumentu, który stawia pod znakiem zapytania rzetelność biura, są oburzeni - pisze DZIENNIK.

"Nawet nie widziała tego filmu, a zdjęła go. Jest sezon urlopowy, zapewne wielu Polaków wykupiło wycieczki w Neckermannie, mają prawo dowiedzieć się, jakie niespodzianki ich czekają" - mówią twórcy.

Jak dowiedział się DZIENNIK, Raczyńska podjęła decyzję o nieemitowaniu programu po tym, jak na jej biurko trafił list od szefów biura. Żądali oni wycofania emisji dokumentu, zarzucając jego twórcom jednostronność i grożąc oddaniem sprawy do sądu.

"Łukasz Bajbak, który realizował cały reportaż, był agresywny i arogancki w stosunku do naszych pracowników" - tłumaczy Krzysztof Piątek, prezes Neckermann Polska. "Poza tym według nas tym programem jego producentka Joanna Wąsowska-Klimek chciała załatwić własne interesy, bo wykupiła u nas wycieczkę i w ostatniej chwili, tuż przed wylotem zorientowała się, że warunki jej się nie podobają. Uważam, że załatwianie prywaty przy takiej okazji jest nie fair".

Joanna Wąsowska-Klimek, autorka cyklu "Na celowniku", nie ukrywa, że zawarła umowę z Neckermannem, ale nie jest jedyną, której ta sprawa dotyczy. "Nie uprawiam prywaty, dziennikarz ma obowiązek poinformować o nierzetelności biura. W materiale jest opisywana sprawa moja, ale i innego bohatera, który znalazł się w podobnej sytuacji" - opowiada producentka.

"Chodzi o zapis w umowie, którą klienci zawierają z Neckermannem. Jest tam fragment po niemiecku, który dotyczy powrotu z wycieczki. Zgodnie z nim, jeżeli ktoś ma opłacony pobyt do piątku, wraca w sobotę nad ranem. Oznacza to, że musi opuścić hotelowy pokój najpóźniej do godziny 12 i np. do 3 w nocy, na którą zaplanowano wylot, jest w hotelu nieproszonym gościem. Ewentualnie może przedłużyć dobę hotelową, ale musi to zrobić na własny koszt" - tłumaczy.

Narzekających na usługi Neckermanna nie trudno znaleźć w sieci. W serwisie informacyjnym branży turystycznej od skarg na Neckermanna gęsto. "Brak profesjonalizmu i solidności" - pisze jedna z klientek. "Właśnie wróciliśmy z wycieczki na Kretę. Zupełnie przypadkowo dowiedzieliśmy się, że w piątek o godzinie 11 musimy opuścić hotel, a samolot mamy dopiero następnego dnia o 6.30 rano. Na nasze pytanie, czy mamy z dzieckiem (5 lat) iść na plażę, rezydentka bezczelnie odpowiedziała: tak. Nikt nas nie uprzedził, że będzie taka sytuacja. W efekcie byliśmy zmuszeni dopłacić 60 euro, żeby zostać do rana w pokoju".

Podobne rozczarowanie przeżyła Joanna Wąsowska-Klimek i, jak twierdzi, dla dobra innych ofiar Neckermanna zdecydowała się zrealizować film. Reporter "Na celowniku" pojechał do biura podróży, by spotkać się z rzeczniczką firmy Magdaleną Plutecką-Dydoń. Przypadkiem spotkał tam człowieka, który składał reklamację w tej samej sprawie. "Pracownicy biura nie chcieli pozwolić nam z nim porozmawiać, grozili policją" - mówi Łukasz Bajbak.

Decyzja o zdjęciu reportażu wywołała w telewizji wiele kontrowersji. "Teraz w sezonie urlopowym program mógłby być ostrzeżeniem dla tych, którzy wybierają się na wyjazd z Neckermannem" - twierdzi Wąsowska. "Program był kolaudowany przez prawnika i mojego bezpośredniego szefa Mariusza Pilisa. Nie mieli żadnych zastrzeżeń. Dyrektor TVP 1 podjęła swoją decyzję, choć nie widziała reportażu".

"Pismo od Neckermanna przyszło na trzy godziny przed emisją. Był czas na zwołanie kolegium" - mówi Mariusz Pilis, producent "Na celowniku", który odpowiada za dział reportażu w redakcji publicystyki TVP 1. "W tym materiale nie było żadnych uchybień. Nie rozumiem decyzji o przesunięciu tego w czasie. Telewizja nie powinna działać w ten sposób" - dodaje Pilis.

Małgorzata Raczyńska nie chciała rozmawiać z DZIENNIKIEM. Za pośrednictwem rzecznika TVP Anety Wrony powiedziała, że nie podjęła decyzji o zdjęciu programu, ale o jego wstrzymaniu do czasu zapoznania się ze wszystkimi okolicznościami. W sprawę ma zostać także wprowadzony Andrzej Urbański. "Mamy nadzieję, że prezes ją wyjaśni. Nie pozwolimy, żeby nas ktoś zastraszał czy cenzurował" - mówi Wąsowska-Klimek.

Na pytanie, czy sprawa trafi do sądu, jeśli TVP wyemituje program, Krzysztof Piątek z Neckermanna odpowiada: "Nie widzieliśmy tego filmu, ale z samych zajawek wynika, że jest on przepełniony agresją i nie uwzględnia się w nim naszego stanowiska. Sądzę, że nie spotkamy się w sądzie, bo telewizja go nie wyemituje".

Izabela Marczak, Anna Nalewajk
Dziennik.pl
02-07-2007

poniedziałek, 2 lipca 2007

PO pozwie TVP za niewyemitowanie spotu

Prawnicy Platformy Obywatelskiej pracują nad pozwem przeciwko TVP za niewyemitowanie przez nią spotu "Oszukali".


- Ostateczna decyzja czy pozwać TVP ma zapaść w najbliższych dniach - powiedział Sławomir Nowak, który odpowiada za kampanie medialne Platformy.

- Nasze kancelarie prawnicze pracują nad analizą odpowiednich przepisów prawa. Wychodzi, że począwszy od konstytucji, a skończywszy na dyrektywie usługowej UE, Telewizja Polska najprawdopodobniej złamała obowiązujące prawo - mówił Nowak.

Reklamę nadają TVN 24, Polsat, PR i Zetka

Spoty Platformy wyemitowały telewizje TVN24 i Polsat, mają one też wersję radiową i internetową - w Polskim Radiu i Radiu Zet.

TVP uznała za konieczne przeprowadzenie ekspertyzy prawnej niezbędnej ws. treści i formy reklamówki PO. Platforma uważa, że TVP cenzuruje spot z powodów politycznych.

W ubiegły poniedziałek dom mediowy, który na zlecenie PO kieruje kampanią wysłał pismo do TVP, że zatrzymuje emisję spotu ze względu na zakończenie tej części kampanii.

Rynkun-Werner "piluje standardów"?

Poniedziałkowa "Gazeta Wyborcza" przytacza wypowiedź Roberta Rynkuna-Wernera, członka zarządu TVP z rekomendacji Samoobrony, odpowiedzialnego za pion reklamy. Powiedział on "GW", że osobiście zdecydował o tym, żeby nie emitować reklamówki Platformy, bo "jest przykładem brudnego PR", a w telewizji publicznej trzeba pilnować standardów.

Nowak nazwał wypowiedź Rynkun-Wernera "kompromitującą". - Telewizja Polska nie jest od oceniania wartości merytorycznych ani etycznych materiałów politycznych - komentował.

PO o tłumaczeniach TVP: Bzdura

Rzeczniczka TVP Aneta Wrona mówiła w ubiegłym tygodniu, że prezes TVP Andrzej Urbański po zapoznaniu się z ekspertyzami prawnymi podjął w piątek przed dwoma tygodniami decyzję o wyemitowaniu spotów Platformy. Jednak - jak podkreśliła - ze względu na późne godziny wieczorne nie można było już uruchomić odpowiednich procedur, a w poniedziałek Platforma wycofała się z emisji.

- Kompletna bzdura - skwitował tę wypowiedź Nowak. - Biuro Reklamy normalnie funkcjonuje, można nas było w dowolny sposób skutecznie poinformować, że jednak się decydują na emisję. Myśmy przecież podjęli decyzję o wycofaniu ze względu na bezczynność telewizji publicznej przez dwa tygodnie. Ile można było czekać? - powiedział Nowak.

Będzie nowy spot?

PiS przygotowało jako odpowiedź dla PO przygotowało spot od hasłem "Kampania przeciw obłudzie", nad którego emisją TVP się zastanawia.

Nowak deklaruje, że jeśli PO zdecyduje się ostatecznie pozwać TVP, zrobi to niezależnie od tego, czy telewizja publiczna wyemituje spot Prawa i Sprawiedliwości.

Ze źródeł zbliżonych do kierownictwa Platformy dowiedziała się, że PO pracuje nad kolejnym spotem. Nowak nie zaprzeczył ani nie potwierdził tej informacji.

mar, PAP
Gazeta.pl
02-07-2007

TVP spotu PO nie puści

Telewizja publiczna na pewno nie wyemituje anytpisowskiej reklamówki Platformy. Nie wiadomo, co będzie z kontrreklamówką PiS.

- Osobiście podjąłem decyzję, że nie puszczamy spotu PO. Ten spot jest przykładem brudnego PR, a w telewizji publicznej musimy pilnować pewnych standardów - powiedział "Gazecie" Robert Rynkun-Werner, który w zarządzie TVP (z rekomendacji Samoobrony) odpowiada za pion reklamy.

Chodzi o reklamówkę wyprodukowaną na zlecenie Platformy. PO zestawia w niej zarobki lekarza i nauczycielki z kilkudziesięciotysięcznymi pensjami działaczy PiS, którzy z rekomendacji tej partii zostali prezesami w spółkach skarbu państwa. Zestawienie podsumowane jest stwierdzeniem: "PiS obiecywał solidarne państwo" i zdjęciem premiera Jarosława Kaczyńskiego z hasłem "oszukali".

Film jest reakcją Platformy na strajki nauczycieli i służby zdrowia. Telewizja publiczna przez ponad tydzień nie chciała dać jednoznacznej odpowiedzi, czy puści spot. Po wahaniach zdecydowały się ją wyemitować Polsat i TVN, a w wersji audio Radio ZET i radio publiczne. PiS szybko przygotował odpowiedź. Pod hasłem "Kampania PiS przeciw obłudzie" pokazuje w spocie fotografię lidera PO Donalda Tuska i jego miesięczne zarobki - w sumie 23 tys. zł. Głos z offu mówi: "Faktami, obrazem i słowami można manipulować". Zarobki Tuska PiS wziął z roku, w którym był on wicemarszałkiem Sejmu i wydał książkę.

- Nie wyobrażam sobie, żeby ten film poszedł. W sytuacji braku zgody na emisję spotu PO rozpaliłoby to do białości konflikt wokół tej sprawy. Film PiS jest zresztą tak samo niesmaczny jak spot PO - mówi nieoficjalnie jeden z dyrektorów TVP.

Ale Rynkun-Werner nie chce powiedzieć, co myśli o filmie PiS. - Na razie to tylko jeden z projektów, nawet nieprzedstawiony oficjalnie. Będę mógł się wypowiedzieć na jego temat, kiedy dostaniemy go jako gotowy film - odpowiada. Jednocześnie podkreśla, że jego decyzja w sprawie spotu PO jest ostateczna. - Jeżeli doszłoby w tej sprawie do różnicy zdań między mną a prezesem i innym osobami z zarządu, do końca będę głosował przeciw.

- To dobrze, że po prawie dwóch tygodniach zwodzenia wreszcie wiemy, kto personalnie odpowiada za tę decyzję, która ma charakter cenzury politycznej. Uwzględnimy to, podejmując odpowiednie kroki prawne - komentuje wypowiedź Rynkun-Wernera poseł PO Sławomir Nowak, współtwórca kampanii medialnych Platformy. I dodaje: - Skład zarządu telewizji został tak dobrany, by wypełniać służebną funkcję wobec rządzącego PiS i widać, jak to teraz działa. Formalnie stanowisko TVP nie ma już dla nas znaczenia, bo wycofaliśmy zlecenie na emisję naszego spotu.

Wojciech Czuchnowski
Gazeta Wyborcza
02-07-2007

środa, 27 czerwca 2007

Rada Programowa TVP przeciw ingerencji LPR w sprawy programu

Przewodnicząca Rady Programowej TVP S.A., Janina Jankowska na środowym posiedzeniu upomniała członków rady, Krzysztofa Bosaka i Daniela Pawłowca, by nie wykorzystywali funkcji społecznych w TVP do działań partyjnych i politycznych.


Chodzi o apel posłów Bosaka i Pawłowca do Rady Nadzorczej TVP o zajęcie stanowiska w sprawie ewentualnej decyzji o przyznaniu Sławomirowi Sierakowskiemu prowadzenia programu w TVP.

Rada Programowa TVP poinformowała, że Jankowska uznała to za "niedopuszczalne naruszenie zagwarantowanej ustawą samodzielności nadawców i próby stosowania niedopuszczalnego nacisku politycznego, który stanowi złamanie art. 13 pkt. 1 ustawy o radiofonii i telewizji".

- Polityczne naciski wysyłane są z gmachu Sejmu pod logiem partyjnym LPR, rozpowszechniane poprzez PAP i inne media, a są kierowane bezpośrednio do Rady Nadzorczej TVP. Tym samym politycy LPR stawiają się ponad ustawą o radiofonii, lekceważą statutowe ciała telewizji publicznej, uderzają w wolność mediów - napisano w komunikacie Rady. Zdaniem przewodniczącej, tego rodzaju dyskusje powinny być prowadzone w Radzie Programowej TVP, a nie na forum publicznym.

O sytuacji Rada poinformowała także Przewodniczącą Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji Elżbietę Kruk.

mar, PAP
Gazeta.pl
27-06-2007

Bunt reporterów ''Wiadomości''

Reporterzy "Wiadomości" oskarżają swoją szefową Dorotę Macieję o naciski polityczne. Chcą szybko porozmawiać o tym z prezesem TVP


Powodem buntu zespołu "Wiadomości" są m.in. wypadki z poprzedniej środy, o których opowiedziało nam kilku dziennikarzy TVP. Wszyscy anonimowo, bo mają zakaz rozmów z prasą. Ale chętnie opowiedzą o tym prezesowi Andrzejowi Urbańskiemu, który przychodząc do TVP na początku marca, obiecywał dziennikarzom pełną niezależność.

Przypomnijmy, że tydzień temu policjanci zepchnęli z ulicy pielęgniarki protestujące pod kancelarią premiera. To była pierwsza wiadomość w serwisach stacji radiowych i telewizyjnych. Dzień później na pierwszej stronie pisały o tym wszystkie gazety.

Dlatego w newsroomie "Wiadomości" wszyscy zaniemówili, gdy szefowa Dorota Macieja (pełni tę funkcję od połowy maja) oznajmiła w środę, że pierwszą informacją ma być nie protest pielęgniarek, tylko zapowiedź rozpoczynającego się w czwartek szczytu Unii Europejskiej.

Zespół zaprotestował. Ale Macieja ucięła dyskusję: szczyt pierwszy i kropka. Dziennikarze usiłowali ją przekonać, że szczyt będzie najważniejszą informacją, jak się zacznie, ale teraz najważniejszy jest protest pielęgniarek.

Macieja na to, że TVP nie będzie pokazywać incydentalnej sprawy kilku pielęgniarek, które same nie wiedzą, czego chcą, na dodatek ich protest to sprawa polityczna.

Wspierała ją Patrycja Kotecka, wiceszefowa Agencji Informacji (czapy nad wszystkimi programami informacyjnymi TVP). Pytała: I co z tego, że pielęgniarki stoją pod kancelarią premiera?

Dziennikarzy poparł wiceszef "Wiadomości" Grzegorz Kozak. I zespół postawił na swoim. Pierwszą informacją w środowych "Wiadomościach" był materiał o proteście.

Ale po wyemitowaniu programu doszło do awantury. Macieja zarzuciła dziennikarzom, że uprawiają politykę.

W odpowiedzi usłyszała, że mówi do nich językiem liderów PiS. To premier Jarosław Kaczyński pierwszy nazwał ten protest "haniebną polityczną akcją".

Następnego dnia Macieję w obronę wziął szef Agencji Informacji Jarosław Grzelak. Twierdził, że dziennikarze dali się wmanewrować w politykę, bo wszyscy wiedzą, że protest pielęgniarek nie przez przypadek odbywa się tu i teraz.

Reporterzy z niepokojem patrzą na to, że ich szefowie chcą - tak jak rządzący PiS - marginalizować protest pielęgniarek, traktować jak incydent bez znaczenia. - Najbardziej zadziwia nas to, że szefowie niemal wprost przyznają, że realizują politykę władz - mówią w "Wiadomościach".

Nowe kadry po przejściach

Nieoficjalnie mówi się, że Agencja Informacyjna w tajemnicy przygotowuje nowych prowadzących i nowych wydawców. Ciągle do zespołu sprowadzani są nowi dziennikarze z radiowej "Trójki" lub TVP 3.

M.in. Miłosz Horodyski, który został wyrzucony z publicznego radia w Krakowie na jesieni 2006 r., ponieważ na sprzęcie radiowym nagrywał reklamówki wyborcze PiS. Na dodatek jego żona startowała z list PiS do rady miasta, a on sam robił materiały obciążające konkurentów PiS.

Jednym z nowych wydawców "Wiadomości" został Rafał Kotomski, dziennikarz z Poznania, sygnatariusz apelu w obronie wiceprezesa publicznego radia Jerzego Targalskiego, który zasłynął obcesowym zachowaniem wobec podwładnych.

Historia z pielęgniarkami to kolejny przypadek próby politycznej ingerencji szefów Agencji.

Dwa tygodnie temu opisaliśmy, jak szef AI Jarosław Grzelak zabronił wyemitowania wypowiedzi senatora Kazimierza Kutza wygłoszonej nad grobem Barbary Blidy, że "jest ofiarą kamiennych serc". Była to aluzja do tego, że Blida popełniła samobójstwo, gdy rano do jej domu wkroczyła ABW.

Potem były próby marginalizowania informacji o tym, że CBA nadało kryptonim "Mengele" jednemu z wątków sprawy aresztowanego kardiochirurga z warszawskiego szpitala MSWiA.

Kierownictwo "Wiadomości" usiłowało też ocenzurować wypowiedź przewodniczącego Episkopatu Polski abp. Józefa Michalika, w której skrytykował PiS, a pochwalił będącego w opozycji do partii braci Kaczyńskich Marka Jurka.

Władze TVP zaprzeczyły wtedy temu, by w "Wiadomościach" dochodziło do politycznych nacisków.

Kotecka, oskarżana przez dziennikarzy o naciski, napisała wówczas w oświadczeniu: "Agencja dokłada wszelkich starań, aby przekazywać widzom TVP informacje prawdziwe, rzetelne i przygotowane na najwyższym poziomie".

Grzelak, Macieja i Kotecka mają zakaz rozmów z prasą.

Rzecznik TVP Aneta Wrona, proszona o komentarz do informacji o naciskach politycznych w "Wiadomościach" odpisała, że pytanie ma "charakter insynuacji i pomówienia", więc "ze strony TVP komentarza nie będzie".

Agnieszka Kublik
Gazeta Wyborcza
27-06-2007

piątek, 22 czerwca 2007

Spot PO przebija się na wizję

Dziś w Polsacie i TVN 24 będzie można zobaczyć reklamówkę Platformy Obywatelskiej atakującą PiS. TVP się waha, publiczne radio odmówiło emisji spotu.


Chodzi o reklamówkę, w której PO porównało pensje opłacanych z budżetu i nominowanych przez PiS szefów spółek skarbu państwa - KGHM (55 tys. zł) i Stoczni Gdańskiej (31 tys. zł) - z zarobkami lekarza (1840 zł) i nauczycielki (1618 zł). Zza kadru głos lektora przypomina, że PiS obiecywał solidarne państwo i opiekę nad słabszymi. Na koniec na tle zdjęcia premiera Jarosława Kaczyńskiego pojawia się czerwony napis: "Oszukali".

Będzie w Polsacie i TVN 24

W środę reklamy nie chciała puścić żadna telewizja i radio. Oficjalnie tłumaczono, że prawnicy badają treść spotu. Jednak nieoficjalnie mówiono o obawach, że tak agresywny atak na PiS może zaszkodzić nadawcom, którzy mogą być postrzegani jako strona w sporze między PO i PiS. Tymczasem ich los zależy od KRRiT (przydziela koncesje), która w całości jest w rękach obecnej władzy.

Wczoraj o emisji spotu zdecydowały dwie prywatne stacje - Polsat i TVN 24. Polsat po raz pierwszy przed zgodą na puszczenie reklamy poprosił o oświadczenia lekarza i nauczycielki, że zgodzili się w niej zagrać. Spot puści też Radio ZET. TVP decyzji jeszcze nie podjęła.

W RMF FM reklamówki nie będzie można posłuchać. - RMF FM nigdy nie emitowało kampanii reklamowych zlecanych przez partie polityczne i nic się w tej materii nie zmieniło - mówi Anna Kozłowska, rzecznik tej stacji.

Publiczne radio twierdzi, że reklamy wyemitować nie może, ponieważ - jak czytamy w oświadczeniu - "znajdują się w niej sformułowania dyskredytujące konkurenta".

Przypomnijmy, że pod koniec 2001 r., gdy rządziło SLD z PSL, publiczne radio odmówiło nadania reklamy LPR przypominającej wprowadzenie stanu wojennego. Spór przeniósł się nawet do sejmowej komisji kultury. Prawa do emisji politycznej reklamy tak bronił wtedy poseł PiS Marek Jurek: "Możliwość odmówienia publikacji reklamy jest wyjątkową decyzją prawną, zastrzeżoną dla redakcji, które mają wyraźnie zdefiniowaną linię programową. Linia programowa Polskiego Radia SA jest zdefiniowana w ustawie o radiofonii i telewizji. Ma to być radio otwarte dla debaty publicznej, kształtuje świadomość historyczną społeczeństwa, otwarte dla wszystkich Polaków".

TVP: Zmanipulowali prezydenta

Z informacji "Gazety" wynika, że wśród zastrzeżeń, jakie ma TVP, jest takie, że autorzy reklamówki zmanipulowali wypowiedź prezydenta Lecha Kaczyńskiego. W spocie prezydent mówi: "Żeby były jakieś podwyżki w tym roku, to po prostu nie ma mowy".

- Prezydent odpowiadał na pytanie o podwyżki dla służby zdrowia. Pytanie na potrzeby spotu wycięto i wyszło, że chodzi o podwyżki w ogóle - mówi nam urzędnik TVP.

Sławomir Nowak, poseł PO odpowiedzialny za kampanię reklamową, odrzuca ten zarzut: - Pytanie wycięliśmy z braku miejsca, ale przecież cały ten spot mówi o dysproporcji w zarobkach sfery budżetowej, w tym służby zdrowia i nominantów PiS. Moim zdaniem, gdyby pytanie zostało, to materiał byłby jeszcze mocniejszy.

PO: Ten klip to początek

Dlaczego Platforma zdecydowała się na taką reklamę w tym momencie? W Polsce to pomysł nowatorski, bo partie sięgają głębiej do kieszeni podczas kampanii wyborczej. A najbliższe wybory dopiero za dwa lata.

- PO pozostaje liderem sondaży, ale po powrocie Aleksandra Kwaśniewskiego jej przywództwo w opozycji poddane zostaje trudnej próbie - mówi działacz z czołówki PO. I dodaje: - Jesteśmy w tzw. przełomowym momencie. Albo korzystne dla PO sondażowe tendencje się utrzymają, albo ulegną wahnięciu - LiD Kwaśniewskiego pójdzie w górę, a my zaczniemy tracić. By to zablokować, musimy być teraz bardzo aktywni. Utwierdzić Polaków w przekonaniu, że to PO jest głównym przeciwnikiem PiS.

Jak się dowiedzieliśmy, klip to pierwszy z serii pomysłów na utrzymanie antykaczyńskich wyborców przy sobie. Liderzy PO twierdzą, że czeka ich pracowite lato.

knysz, w, wz
Gazeta Wyborcza
22-06-2007

czwartek, 14 czerwca 2007

Wielka kasa od Wildsteina

500 tys. zł po dziewięciu miesiącach pracy? Nawet tyle dostali dyrektorzy w TVP zatrudnieni przez jej poprzedniego szefa Bronisława Wildsteina, którzy niedawno odeszli z Telewizji Polskiej.


I tak Andrzej Mietkowski, przyjaciel Wildsteina, dostanie 561 tys. zł. Od lipca 2006 do marca 2007 r. był dyrektorem Telewizyjnej Agencji Informacyjnej, która nadzoruje wszystkie programy informacyjne TVP. Razem z premią zarabiał 33 tys. zł. Kontrakt gwarantuje mu sześciomiesięczne odszkodowanie i wypłatę rocznych poborów, jeśli nie zacznie pracować u konkurencji TVP.

Mietkowski odszedł, gdy na Woronicza przyszedł Andrzej Urbański. Ten sam los spotkał Marcina Mazurka, szefa biura zarządu Telewizji i prawą rękę Wildsteina od jego pierwszego dnia na Woronicza. W sumie Mazurek dostanie 568 tys. zł (składa się na to 12-miesięczne odszkodowanie i wypłata rocznych poborów, jeśli nie zacznie pracować u konkurencji).

706 tysięcy dla dyrektora biura finansów

Ale i tak nie są rekordzistami. Piotr Dmochowski-Lipski, dyrektor biura finansów i restrukturyzacji, także przyjaciel Wildsteina, ma w podpisanym przez poprzedniego prezesa kontrakcie zapisaną sumę 706 tys. zł. Składa się na nią wypłata odszkodowania w wysokości rocznego wynagrodzenia (353 tys. zł) i przysługująca mu roczna pensja, o ile nie pójdzie pracować do konkurencji. Na razie Dmochowski-Lipski na Woronicza pracuje.

Najmniejsze z tej grupy zagwarantowane pieniądze ma Dariusz Wieromiejczyk, szef Agencji Filmowej nadal zatrudniony w TVP. Gdyby Telewizja rozwiązała z nim umowę, dostałby ok. 246 tys. zł.

Wildstein zmienił kontrakty, gdy zaczął się spodziewać odwołania

Z naszych informacji wynika, że Wildstein zmienił kontrakty na korzystniejsze dla dyrektorów, a mniej korzystne dla TVP, gdy zaczął spodziewać się, że zostanie odwołany. Wcześniej krytykował swego poprzednika Jana Dworaka za powołanie tuż przed odejściem kilku nowych kierowników, m.in. Krzysztofa Knittla (publicystyka kulturalna w "Jedynce"), i Stanisława Wójcika (dyrektora ekonomicznego).

Mieli oni jednak zwykłe umowy o pracę z trzymiesięcznym wypowiedzeniem. Wildstein zwolnił ich w pierwszych dniach urzędowania. Knittel ogłosił wtedy, że swoją odprawę (24 tys. zł netto) przeznaczy w połowie na rodzinne domy dziecka towarzystwa Nasz Dom.

B. szef TAI: To standardowe kontrakty

Mietkowski w rozmowie z "Gazetą" nie chce potwierdzić wysokości swojego odszkodowania. - Nie sumowałem tego - tłumaczy i dodaje: - Nie wiem, czy np. za miesiąc nie podejmę pracy w konkurencyjnej firmie i wtedy przestanie obowiązywać umowa o zakazie pracy dla konkurencji.

Były szef TAI mówi też, że kontrakty podpisywane z dyrektorami za prezesury Wildsteina są standardowe, jak za poprzednich prezesów.

Pracownik pionu finansów: Tak wysokich odpraw nigdy nie było

- To nieprawda - zaprzecza jeden z pracowników pionu finansów TVP. Jako przykład podaje najwyższą jak dotąd odprawę, którą dostał Tomasz Posadzki, wieloletni szef zarządu z czasów prezesury Roberta Kwiatkowskiego i Dworaka - 342 tys. zł (82 tys. zł odszkodowania i 260 tys. zł w ramach "klauzuli konkurencyjności").

Jarosław Szczepański, b. rzecznik TVP za czasów Dworaka, potwierdza: - Standardowe umowy dyrektorów generalnych przewidywały od 6 do 12 miesięcznych wynagrodzeń. Tak wysokich odpraw jak 500 czy 700 tys. zł nie było.

- Praca w TVP jest tak niepewna, że każdy stara się wynegocjować taki kontrakt, by gdy z dnia na dzień straci pracę, miał za co żyć, zanim znajdzie następną - opowiada nam jeden z byłych dyrektorów TVP. - Ale o tak wysokich odprawach nigdy nie słyszałem - zastrzega.

TVP nie chce komentować

Telewizja Polska odmówiła nam skomentowania sprawy odpraw dla dyrektorów mianowanych przez Wildsteina. Czy obecni dyrektorzy TVP mają podobne kontrakty? Aneta Wrona, rzecznik Telewizji:- W kontraktach nie ma zapisów o takich odprawach.

Nasi rozmówcy z rady nadzorczej Telewizji podkreślają, że umowy zawierane w czasach poprzedniego prezesa są zgodne z prawem, choć "nieetyczne", bo tak wysokie.

Wildstein nie chciał z nami rozmawiać: - Nie będę pani udzielał żadnego komentarza ani dziś, ani żadnego innego dnia.


Agnieszka Kublik, Wojciech Czuchnowski
Gazeta Wyborcza
14-06-2007

Samoobrona walczy "świniami" o wpływy w TVP

Młodzi ludzie związani z Samoobroną toczą brudną wojnę o wpływy w TVP. Podkładają sobie nawet "świnie". Piszą listy do prezesa TVP z donosami o tym, że np. "kolega", który jest w radzie nadzorczej TVP żyje z kobietą na kocią łapę. Na dodatek ta kobieta robi programy dla TVP. Nadawca sugeruje więc niewinnie, że "to się nie godzi".

Autorem tego listu jest popierany przez Samoobronę członek Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji Tomasz Borysiuk. Borysiuk donosi w nim na Tomasza Rudomino, który dostał się do TVP także dzięki Samoobronie.

Dlaczego Borysiuk skarży się na Rudomino? Bo tego ostatniego Samoobrona już nie lubi. Rudomino kilka razy podpadł Andrzejowi Lepperowi (choćby tym, że nie chciał niedawno odwołania Bronisława Wildsteina z funkcji prezesa TVP). Być może więc młodzi z Samoobrony walczą już zawczasu o posadę po Rudomino albo po prostu chcą się przypodobać wicepremierowi Lepperowi.

Do listu dotarł tvn24.pl. Borysiuk pyta w nim prezesa TVP, czy ten wie kto produkuje dla telewizji program "Podróżnik". No i czy ten program, który produkuje - bądź co bądź - konkubina Rudomino nie emituje przypadkiem jakieś kryptoreklamy.

Borysiuk jest bardzo podejrzliwy w swoim liście. Pyta też prezesa TVP czy słyszał coś o produkowaniu przez samego Rudomino jakiś programów dla telewizji. "Jeśli tak jest, to mamy skandal, bo to złamanie przepisów" - tłumaczył się z donosu w tvn24.pl.

Co na to Rudomino? Twierdzi, że od dłuższego czasu jest zastraszany przez Samoobronę. Powiedział nawet, że w dniu odwołania prezesa TVP Bronisława Wildsteina, Borysiuk miał zadzwonić do jego "znajomej producentki telewizyjnej" i szantażować ją. Borysiuk miał powiedzieć jej, że jeśli Rudomino nie zagłosuje za odwołaniem Wildsteina, to program "Podróże" zejdzie z anteny.


Michał Pietrzak
Dziennik.pl
13-06-2007

środa, 13 czerwca 2007

Wiadomości dobre dla PiS

Nie puścimy tego, to może zaszkodzić PiS-owi - tak Patrycja Kotecka zwykła zwracać się do reporterów, wydawców i prezenterów "Wiadomości" TVP


Kotecka od kilku dni jest p.o. zastępcy szefa Agencji Informacji, odpowiada za całą informację w telewizji publicznej: "Wiadomości", "Panoramę" i "Teleexpress". W Agencji zaczynała jako dziennikarka, ale szef Agencji oddelegował ją "do zadań specjalnych". W tej roli działa w "Wiadomościach". Przedtem pracowała w "Super Expressie", "Życiu Warszawy" i TV 4.

Dziennikarzom AI nie wolno oficjalnie rozmawiać z prasą. Wiedzą, że gdyby ujawnili ręczne sterowanie informacjami w interesie PiS, wylecieliby z pracy. Z rozmów z kilkunastoma pracownikami Agencji rekonstruuję trzy przypadki ingerencji w "Wiadomości".

Wyciąć Kutza

30 kwietnia, pogrzeb Barbary Blidy, byłej posłanki SLD, która popełniła samobójstwo, gdy ABW wkroczyła do jej domu.

Na pogrzeb przybyli politycy. Senator Kazimierz Kutz, podobnie jak Blida Ślązak, mówi nad grobem: - Pani Barbaro, żegnam panią. Jest pani ofiarą kamiennych serc.

Szef AI Jarosław Grzelak dzwoni do szefa "Wiadomości" Radosława Rybińskiego, że "setka" Kutza (dźwięk plus obraz) nie pójdzie, bo uderza w PiS.

Grzelak argumentuje, że to nie informacja, bo Kutz wypowiada się o cudzych intencjach, że nie każda wypowiedź, nawet bardzo dobra i emocjonalna, jest uprawniona, by ukazać się na antenie.

Rybiński popiera Grzelaka. Od kolegów słyszy, że zachowuje się jak cenzor. Tuż przed emisją programu do newsroomu przychodzi Kotecka przypilnować, by wypowiedź Kutza nie poszła.

W geście protestu prowadzący to wydanie "Wiadomości" Marcin Leśkiewicz nie podpisuje się na końcu programu jako współwydawca. Autorka materiału Joanna Wajda wycofuje swoje nazwisko.

Po emisji Rybiński przyznaje się do błędu, przeprasza dziennikarzy. Reporterom i wydawcom zakazuje rozmów z Kotecką. Jeśli chce ona naciskać na "Wiadomości", musi rozmawiać z szefem programu. Kilka dni później Rybiński składa wymówienie.

Nie krytykować CBA

31 maja "Gazeta Wyborcza" publikuje informację, że CBA sprawie dr. G. nadało kryptonim "Mengele".

Na porannym kolegium dyskusja, czy to temat dla "Wiadomości". Szefowa Dorota Macieja, następczyni Rybińskiego, ma wątpliwości, nie lubi robić materiałów za "Gazetą". W końcu zapada decyzja: robimy.

Ale po południu wkracza Kotecka i mówi, że skoro "Mengele" to nie kryptonim całej sprawy, tylko wątku zabójstwa, to nie ma o czym informować. Co w tym złego, że CBA posłużyło się takim kryptonimem? - pyta. - Skoro dotyczył tylko przypadków śmierci pacjentów, był uprawniony.

Zespół jest solidarny. Nie godzi się, by tej informacji w dzienniku nie było. Kotecka ustępuje, ale walczy o treść. Nie podobają się jej zdania, że to nie pierwsza wpadka CBA i że nikt z CBA nie chciał się wypowiedzieć przed kamerą.

Oba zdania wypadają z materiału (informacja, że to news "Gazety" - też). Autor Łukasz Słapek protestuje i nie podpisuje się pod materiałem.

Nie puszczać arcybiskupa

7 czerwca przewodniczący Episkopatu Polski abp Józef Michalik podczas uroczystości Bożego Ciała karci PiS: - Partia, która obecnie rządzi w Polsce, i partia, która jest w opozycji, nie zdała egzaminu moralnego, odmawiając prawa ochrony życia od momentu poczęcia. Są jeszcze uczciwi politycy, jak były marszałek Sejmu. Chcemy otoczyć go modlitwą.

Kotecka dzwoni do reportera, że ma nie puszczać tej wypowiedzi. Abp Michalik przesadził w krytyce PiS, to, co mówił, jest niesprawiedliwe i nieprawdziwe.

Reporter informuje o telefonie wydawcę. Zespół "Wiadomości" jest oburzony, odmawia cenzurowania słów przewodniczącego Episkopatu. TVP wypowiedź abp. Michalika nadaje.

Czułość na Ziobrę

Kotecka zaczęła pojawiać się w "Wiadomościach" kilka miesięcy temu, gdy Grzelak został szefem Agencji Informacji. Grzelaka powołał Andrzej Urbański tuż po objęciu prezesury TVP (zastąpił Bronisława Wildsteina).

Dziennikarze starają się opierać naciskom. Nie chcą - jak mówią - robić "monitora rządowego" ani mieć etykiety "żołnierzy PiS-u".

Ale - podkreślają - są realistami, pracują w telewizji państwowej, której władze dbają o interes swoich szefów, czyli PiS-u. I pamiętają, co mówił Urbański, gdy tylko został prezesem - że TVP ma promować sukcesy Polski.

Pytam, czy Kotecka zna się na robieniu telewizyjnych newsów. Dziennikarze "Wiadomości" odpowiadają, że nie ma takich doświadczeń. I zaraz dodają, że ma inne doświadczenie - była (a może jest?) narzeczoną Zbigniewa Ziobry. Minister sprawiedliwości w jednym z wywiadów tak mówił o Koteckiej: - Jest bardzo kobieca. Ma szereg takich cech charakteru, które działają na mnie jak balsam.

- Gdy tylko robimy coś o Ziobrze, jego resorcie, o CBA czy dr. G. - opowiadają dziennikarze - Kotecka staje się wyczulona bardziej niż zwykle.

Kilka razy przynosiła do "Wiadomości" przecieki, np. z Ministerstwa Skarbu czy Ministerstwa Sprawiedliwości. Raz przyniosła 15 stron zeznań trzech świadków w sprawie dr. G. Wszystkie dla kardiochirurga niekorzystne. Do pliku dołączono wydruk z nazwiskami tej trójki, ich adresami i telefonami. Ot tak, by reporterom ułatwić pracę. Zespół "Wiadomości" odmówił.

Dzwonię do Patrycji Koteckiej. - Mam odgórny zakaz rozmów z prasą - odmawia.

Dorota Macieja podobnie. Grzelak porozmawia, jeśli zgodzi się na to rzecznik TVP Aneta Wrona.

Wrona: - O nie, rozmowa pani z Grzelakiem nie jest możliwa. Proszę przysłać pytania na piśmie, a ja je przekażę.

Prezes Andrzej Urbański pytany o polityczne naciski wyjaśnia, że wypowiedź Kutza poszła w innych programach informacyjnych. - Kutz to nie królowa angielska czy prezydent Ameryki, nie ma obowiązku puszczania jego wypowiedzi w głównych "Wiadomościach" - tłumaczy.

Zapewnia, że o cenzurze nie ma mowy. O próbach nacisku nie słyszał. - Jeśli tak było, to zapraszam do siebie pracowników "Wiadomości", niech mi o tym opowiedzą, zapewniam dyskrecję - mówi. I obiecuje natychmiast sprawdzić, jak to z tymi naciskami było.



Po 20 minutach prezes Urbański wyjaśnia: - Rozmawiałem z szefową "Wiadomości". Zapewniła, że nie było wypowiedzi, by czegoś nie dawać, bo to zaszkodzi PiS-owi.

Agnieszka Kublik
Gazeta Wyborcza
13-06-2007

poniedziałek, 11 czerwca 2007

Lech przyjechał, Lecha zasłonili

Podczas wizyty prezydenta USA George'a Busha w Gdańsku ekipa TVP zasłoniła napis "Lech Walesa Airport", przed którym przeprowadzała wywiad z prezydentem Lechem Kaczyńskim.


Rozmowę prowadził Piotr Kraśko w tzw. pokoju dla VIP-ów terminalu pasażerskiego. Na jego głównej ścianie widnieje nazwa lotniska w wersji angielskiej: "Lech Walesa Airport". Ustaliliśmy, że tuż przed emitowanym na żywo wywiadem kierownictwo gdańskiej TVP postanowiło napis zasłonić. Jak wiadomo, obecny i były prezydent RP pozostają od lat w konflikcie.

- Jeśli to zrobiono na polecenie Kaczyńskiego, to jest to bezczelność - mówi "Gazecie" Lech Wałęsa. - Jeśli natomiast ktoś to zrobił z własnej inicjatywy, to zastanawiam się po co? Przecież to nazwa portu lotniczego. Czy gdyby to się odbywało na lotnisku Kennedy'ego, to też by zasłaniali?

- Proszę nie doszukiwać się w tym żadnego politycznego kontekstu - mówi Joanna Strzemieczna-Wielczyk, dyrektor gdańskiego oddziału TVP. - Nikt z Kancelarii Prezydenta nie sugerował nam, aby ten napis zasłonić. To było rutynowe przygotowanie scenografii. Często w takich sytuacjach stosujemy tzw. zastawki. Wiem, że prezydent Kaczyński byłby ostatnim, który wydałby nam polecenie zasłonięcia tego napisu. Gdybyśmy przeprowadzali wywiad z Lechem Wałęsą, też byśmy napis zasłonili.

Maciej Sandecki
Gazeta Wyborcza
11-06-2007