poniedziałek, 18 czerwca 2007

Wasserman: CBA działa czasem zbyt radykalnie

- Jestem przeciwny spektakularnym zatrzymaniom tak zwanych "przestępców w białych kołnierzykach". CBA działa czasem zbyt radykalnie - powiedział dzisiaj w "Sygnałach Dnia" Zbigniew Wasserman.


Minister koordynator ds. służb specjalnych podkreślił, że Centralne Biuro Antykorupcyjne działa w sferach, do których organy ścigania nie miały do tej pory dostępu. - Sfery te są powiązane z władzą, stąd działania CBA spotykają się z oporem - dodał Wassserman.

Jako przykład minister podał działania Biura w sprawie nieprawidłowości w Centralnym Szpitalu Klinicznym MSWiA w Warszawie, w którym leczyli się przedstawiciele władzy.

Zbigniew Wassermann nie chciał skomentować wypowiedzi ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry na temat chirurga Mirosława G. - Sprawa ma wyjątkowy charakter i ministra mogły ponieść emocje - stwierdził.

Mówiąc o zarzutach lekarzy pod adresem CBA, minister Wasserman podkreślił, że CBA działa zgodnie z prawem i wytycznymi prokuratury. Dodał, że funkcjonariusze nie badają dokumentacji medycznej szpitala MSWiA, a tylko dokumenty dotyczące hospitalizacji pacjentów.

asz, IAR
Gazeta.pl
18-06-2007

Nie chcemy "wykształciuchów"

Coraz rzadziej oglądam programy informacyjne i publicystyczne. Takie nadeszły czasy. Te pierwsze stanowią na ogół kronikę kryminalną z kolejnych aresztowań, afer, prowokacji, pomówień. Te drugie, to ciąg monologów nawet niepróbujących udawać dialogu.

Politycy i dziennikarze mają rozpisane z góry role. I to, co wydawało się niemożliwe w dobie wolnych mediów, stało się faktem - wypowiadający cenzurują samych siebie. Ale od czasu do czasu coś pozostaje w pamięci. Tak więc zwróciłem uwagę na krótką migawkę w TVN24, pokazującą happening zorganizowany przez studentów medycyny jako wyraz poparcia dla strajkujących lekarzy. Młodzi medycy stali w dużej grupie na otwartej przestrzeni, trzymając w rękach kartki papieru z wypisanymi na nich nazwami różnych krajów. Była więc Anglia, Irlandia, Islandia, Norwegia, Hiszpania. I te nazwy mogłyby nie dziwić.

Ale były też kraje odległe i egzotyczne: Ghana, Nigeria, Wietnam, Egipt, a te już wywołały zdziwienie, połączone ze smutkiem. Okazuje się, że nie tylko lekarze są zdeterminowani w walce o godziwe pensje, ale i studenci widzą swoją zawodową perspektywę bardziej poza granicami Polski, aniżeli tu, na miejscu. Mam zaprzyjaźnionego neurochirurga dziecięcego. Za komuny przebywał na kontrakcie w Algierii. Dziś operuje w Hiszpanii. Sam zbliża się już do emerytury, chce więc jeszcze godnie i bez kombinacji, za które jego koledzy trafiają za kratki, pozarabiać. Ale kto będzie operował nasze dzieci?

Tropiąc pozostałości komunizmu w archiwach IPN, budowniczowie IV RP nie zauważyli, że komunizm pozostał w sposobie funkcjonowania służby zdrowia, często w zachowaniach urzędników, w stanie polskich dróg i kolei oraz w tych wszystkich obszarach naszego życia, które nie zostały poddane rzeczywistym reformom. Bez konsekwentnej prywatyzacji, oddania w pełne władztwo władz samorządowych, częściowej odpłatności za usługi medyczne, zbudowania konkurencyjnych instytucji zdrowotnego ubezpieczenia oraz określenia koszyka świadczeń gwarantowanych zarządzanie służbą zdrowia następowało będzie od kryzysu do kryzysu.

Sytuacja jest o tyle inna od tej z czasów PRL, że każdy lekarz i pielęgniarka mają paszport w kieszeni, a prywatna praktyka nie jest niczym ograniczona. Dlatego też lekarze masowo wypowiadają umowy o pracę w przekonaniu, że szpitale będą zmuszane do zatrudnienia ich na podstawie kontraktów respektujących faktyczną wartość wykonywanej przez nich pracy. W innym przypadku będą musiały zamknąć swe podwoje. Jeżeli dziś średnia płaca lekarza wynosi 9 zł na godzinę (za taką kwotę trudno już wynająć kogoś do sprzątania), to w drodze kontraktowania usług mogą osiągać 150-200 zł. Jest więc o co walczyć.

Służba zdrowia była za komuny przeżarta patologią. Państwo tworzyło miejsca pracy, słabo płaciło, ale przymykało oczy na dorabianie pod postacią również tzw. dowodów wdzięczności. Granica pomiędzy korupcją o lewymi dochodami lekarzy, a także pielęgniarek, była bardzo cienka, aczkolwiek w dużej mierze społecznie akceptowana. Kiedy jednak władza, posiłkując się aparatem przymusu i represji wkroczyła na ten teren, to ta krucha równowaga między tym, co legalne i nielegalne w dochodach, głównie lekarzy, została zachwiana. Stąd ich bunt, którego łatwo nie da się chyba uśmierzyć. W Pakistanie na ulicę wyszli ludzie w togach (adwokaci, sędziowie), protestując w ten sposób przeciw próbie złamania niezależności wymiaru sprawiedliwości przez urzędującego prezydenta.

W Polsce póki co strajkują ludzie w białych kitlach. Okazuje się, że nie tylko górnicy, hutnicy, kolejarze, czy rolnicy umieją protestować czynnie. Wykształciuchów, doprowadzonych do ostateczności, też stać na czynną walkę. Ofiarami tej sytuacji są jednak zwykli pacjenci. To oni płacą cenę nieterminowych zabiegów, przekładanych wizyt i konsultacji, braku organów i specjalistów do przeszczepów. A ilu z nich przypłaciło to już życiem? Rachunek za to też zostanie w swoim czasie wystawiony. Mam nadzieję, że zostanie on uregulowany przy wyborczych urnach.
Jan Król
Nowe Życie Gospodarcze
16-06-2007

Policja gromadzi informacje o homoseksualistach

Robi to legalnie - w ramach śledztwa w sprawie atrap bomb podłożonych w Warszawie

Policja pyta przesłuchiwanych o orientację seksualną. Ile osób przesłuchano - nie wiadomo, bo śledztwo toczy się w tajemnicy.

- Policji nie wolno tworzyć katalogu danych "homoseksualiści". Ale wystarczy zajrzeć do akt tego śledztwa, żeby ustalić listę nazwisk i adresów - mówi Ewa Kulesza, b. generalny inspektor ochrony danych osobowych.

Wśród osób homoseksualnych mówi się już o nowej akcji "Hiacynt". W latach 1985-87 na polecenie szefa MSW Czesława Kiszczaka milicja rejestrowała homoseksualistów, zakładając im "Kartę homoseksualisty". Powstało ich 11 tysięcy.

Śledztwo w sprawie 15 atrap bomb trwa od ich podłożenia, czyli od 20 października 2005 r. Było to tuż przed II turą wyborów prezydenckich (Kaczyński - Tusk). "Bomby" zaanonsował mail z pogróżkami pod adresem Lecha Kaczyńskiego, wówczas prezydenta Warszawy, przesłany przez nieznane organizacje Gay Power i Silny Pedał. Kaczyński zebrał pochwały za sprawnie przeprowadzoną akcję zabezpieczania miasta po alarmie o bombach.

Po roku media wypomniały, że nie udało się znaleźć sprawcy. I wtedy policja poinformowała, że właśnie go znalazła. Zarzut postawiono Romanowi W., kierownikowi artystycznemu jednego z gejowskich klubów. Jak mówił "Gazecie", przesłuchiwano go dwa razy przez kilkanaście godzin, m.in. domagając się podania nazwisk homoseksualistów, którzy mogliby mieć związek ze sprawą.

Dowodem winy Romana W. miało być to, że w klubie sprzedaje się napój energetyzujący Gay Power. W. zabrano paszport i nakazano meldować się na policji. Potem wycofano się z tego. Śledztwo jednak trwa, policja przesłuchuje osoby homoseksualne.

Łukasz Pałucki, działacz organizacji gejowskich i ekologicznych: - Przesłuchano mnie trzy tygodnie temu. Podawano nazwiska osób działających na rzecz praw osób homoseksualnych i pytano, co o nich sądzę. A także, czy znam grupę, która mogła mieć interes w podłożeniu atrap. Wskazałem na młodzieżówkę PiS. Pytałem, dlaczego akurat mnie przesłuchują. Odpowiedzieli, że moje nazwisko wymienił inny świadek. Zgodziłem się dobrowolnie na pobranie odcisków palców i materiału genetycznego.

Janusz Boguszewicz z Wrocławia, germanista pisujący do portali internetowych i gazet - nie tylko na tematy mniejszości seksualnych: - 22 maja policja pod moją nieobecność wypytywała moją 80-letnią mamę, z czego się utrzymuję i czy mam komputer. Mama bardzo się wystraszyła, więc dali jej spokój. Następnego dnia wezwali mnie na przesłuchanie. Nie powiedzieli, w jakiej sprawie, mimo że mieli obowiązek. Pytali, czy znam osoby homoseksualne, ich adresy i "kontakty". Odmówiłem odpowiedzi, skoro nie wiem, na jaką okoliczność zeznaję. Pytano też, co wiem o podłożeniu atrap bomb w Warszawie. Okazali mi moje teksty z internetu. Policjanci nie mówili, że są w nich podejrzane treści - jeden był zresztą trawestacją przemówienia Martina Luthera Kinga.

Boguszewicza pytano też o działacza organizacji gejowskich Jacka Adlera. Jego również przesłuchiwano - zaraz po podłożeniu atrap. A także innego działacza - Szymona Niemca.

Zapytaliśmy rzecznika stołecznej policji, ile osób przesłuchano, ile wśród nich było homoseksualistów i jak informacja o homoseksualizmie świadków jest odnotowywana w aktach. Odpowiedział, że nadzorujący śledztwo prokurator zakazał udzielania jakichkolwiek informacji. To samo usłyszeliśmy w prokuraturze.

- Dopóki śledztwo trwa, policja może zbierać informacje. Pod tym pretekstem można zgromadzić potężną bazę danych o osobach o odmiennej orientacji - mówi prof. Zbigniew Hołda z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. I dziwi się, że śledczy przesłuchują "na ślepo" kolejne osoby: - Przecież atrapy bomb podłożono w centralnych punktach miasta, z których większość jest monitorowana przez kamery! Jak to możliwe, żeby nie było nagrań? [znane jest jedno - z kawiarenki internetowej, z której wysłano maila o bombach]. To wygląda na pozorowanie śledztwa, a efektem jest nękanie środowiska - jak za PRL.

Nawet po umorzeniu sprawy policja będzie mogła przechowywać dane o orientacji seksualnej świadków. Przepisy każą bowiem niszczyć jedynie dane wrażliwe podejrzanego, który zostanie oczyszczony z zarzutów. O danych świadków milczy.

- To chyba luka w przepisach - ocenia Ewa Kulesza. - I nie jest to jedyny sposób gromadzenia danych wrażliwych przez policję. Każdy dzielnicowy prowadzi tzw. zeszyt dzielnicowego, w którym - w celach prewencyjnych - spisuje rozmaite informacje o mieszkańcach. To zbiór danych osobowych, którego prowadzenie nie jest uregulowane przepisami o policji, a tym bardziej przepisami dotyczącymi usuwania danych.

Kampania przeciw Homofobii zwróciła się właśnie o interwencję do Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych i rzecznika praw obywatelskich. - Gdyby się okazało, że przepisy pozwalają na bezterminowe przechowywanie danych o orientacji seksualnej świadków, byłoby to bardzo niepokojące - powiedział "Gazecie" Robert Biedroń, szef Kampanii.

Ewa Siedlecka
Gazeta Wyborcza
18-06-2007

Nowy kodeks karny bez dyskusji

Sejm zdecydował w piątek głosami koalicji, że nad rządowym projektem zmiany kodeksu karnego pracować będzie komisja "solidarne państwo".

Upadł wniosek opozycji, żeby projekt skierować do złożonej z prawników komisji nadzwyczajnej do zmian w kodyfikacjach.

Komisja "solidarne państwo" powołana w grudniu zeszłego roku złożona jest wyłącznie z posłów koalicji. Posłowie opozycji zbojkotowali ją, ponieważ uznali, że jej celem jest przyjmowanie szybko i bez poprawek rządowych projektów, a oni nie chcą firmować złego prawa.

Z 23 członków komisji trzech jest prawnikami (wszyscy z PiS). Przewodniczącym jest Krzysztof Jurgiel (PiS) - inżynier geodeta. Poza tym jest: dwoje lekarzy, dwoje menedżerów (jeden z wyższym i jeden ze średnim wykształceniem), politolog, ekonomista, ekspert od funduszy unijnych, trzech nauczycieli (w tym jeden ze średnim wykształceniem), dwóch nauczycieli akademickich, pracownik samorządowy, biolog, historyk, inżynier elektronik, inżynier elektryk i dwóch inżynierów rolników.

Rządowy projekt zmiany kodeksu karnego, który posłowie "solidarnego państwa" mają przygotować do uchwalenia, to - jak zgodnie przyznają premier Jarosław Kaczyński i minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro - tak naprawdę nowy kodeks karny. Miesiąc temu po posiedzeniu rządu, na którym przyjęto projekt, premier tłumaczył, że kieruje go do Sejmu nie jako nowy kodeks, ale jako nowelizację starego tylko dlatego, że parlamentarna procedura uchwalania kodeksów jest bardziej skomplikowana, a rządowi zależy na tym, żeby projekt uchwalić sprawnie.

es
Gazeta Wyborcza
18-06-2007

Kurtyka grozi listą 500

Prezes IPN mówi, że ma gotową listę 500 agentów i że - choć jest niezgodna z konstytucją - jej fragmenty mogą ukazać się w pracach naukowych


Chodzi o listę agentów, której opublikowanie przewidywała ustawa lustracyjna. Powstała, zanim w maju Trybunał Konstytucyjny uznał, że taki spis jest sprzeczny z konstytucją - bo o tym, kto był agentem, może zdecydować sąd, a nie IPN.

Zdaniem prezesa IPN Janusza Kurtyki na liście jest około 500 "autorytetów". Media wcześniej podawały przecieki z IPN, że gotowa już lista będzie publikowana. Instytut do tej pory zaprzeczał. W sobotnim wywiadzie dla Radia RMF FM i "Newsweeka" Kurtyka tłumaczy: "Bardzo często osoby te kreują się bądź też występują w roli autorytetów wypowiadających się w sposób bardzo zdecydowany na rozmaitego rodzaju kwestie historyczne czy społeczne. A w świetle informacji, które by wynikały z tej listy, raczej nie miałyby moralnego prawa, żeby zajmować takie stanowisko".

Jak powstawała "lista 500", Kurtyka nie wyjaśnia. Można przypuszczać, że IPN wykorzystał definicję współpracy z ustawy lustracyjnej. Ale i ta definicja została przez Trybunał zakwestionowana. Trybunał uznał, że o współpracy z SB można mówić, jeśli była ona nie tylko tajna i świadoma, ale też faktycznie podjęta i grożąca naruszaniem wolności i praw człowieka. Zatem na liście Kurtyki mogą być osoby, których za tajnych współpracowników SB nie można teraz uznać. Kurtyka tego w wywiadzie nie wyjaśnia, przyznaje tylko, że na liście mogły znaleźć się osoby oczyszczone przez sąd lustracyjny.

- Prezes powiedział tyle, co powiedział, i tyle mam do powiedzenia - odpowiedział nam rzecznik IPN Andrzej Arseniuk na pytanie, jaki status ma lista Kurtyki w IPN.

Bez listy lustracja fikcją

Według Kurtyki IPN w pierwszej kolejności sprawdzał osoby, które "odgrywają ważne role społeczne, polityczne czy gospodarcze". Prezes podkreślił, że "zweryfikowano nazwiska wszystkich członków Trybunału Konstytucyjnego". I dodał: - Im bliżej elity społecznej w okresie późnego PRL, tym procent jej zagenturyzowania był większy.

Lista agentów to dla PiS jeden z najważniejszych celów lustracji. Dlatego gdy Trybunał zakwestionował listę, w jej obronie stanął premier Jarosław Kaczyński. Mówił, że "bez list lustracja będzie fikcją", dlatego chce wpisać możliwość sporządzania takiej listy do konstytucji, bo tylko w ten sposób można obejść "antylustracyjne nastawienie Trybunału".

Kurtyka zastrzega się, że lista agentów "oczywiście nie będzie publikowana". Ale zaraz dodaje, że jej publikacja jest jednak możliwa: - Publikacja gołej listy nie byłaby publikacją naukową. Natomiast jeżeli publikowana będzie monografia jakiegoś uniwersytetu, to odpowiedni fragment tej listy być może znajdzie zastosowanie.

Kurtyka przywiązany do listy

Prof. Andrzej Paczkowski, członek Kolegium IPN, twierdzi, że skoro Trybunał uznał listę agentów za niekonstytucyjną, to Instytut jako instytucja państwowa winien listę zniszczyć. Jak jednak podkreśla prof. Paczkowski, prezes IPN jest wyraźnie do listy przywiązany. Pytany, czy nie obawia się, że zapowiedź publikacji fragmentów listy w pracach naukowych to próba obejścia orzeczenia Trybunału, odpowiada: - Gdyby miał pokusę, by listę w ten sposób opublikować, to się bardzo poważnie zastanowi, czy jej ulec. Zdaniem prof. Paczkowskiego tym problemem powinno zająć się Kolegium IPN, ale ponieważ jeszcze działa w niepełnym składzie, nie może się zebrać.

- Można sobie dla tego wymyślić różne określenia, ale publikacją naukową będzie to tylko z nazwy. Naprawdę celem listy jest ujawnienie informacji z zasobów IPN - mówi sędzia Włodzimierz Olszewski, były rzecznik interesu publicznego. Jego zdaniem jeżeli lista lub jej fragmenty znajdą się w takiej publikacji, to dla osób, które uznają, że ich nazwiska znalazły się na liście niesłusznie, będzie to podstawą do wytaczania procesów o ochronę dóbr osobistych.

Agnieszka Kublik, Wojciech Czuchnowski
Gazeta Wyborcza
18-06-2007