czwartek, 19 lipca 2007

Premier: Planujemy powołanie uniwersytetu państwowego nowego typu

Nie jest wykluczone, że niedługo wystąpimy z inicjatywą powołania uniwersytetu państwowego, innego niż dotychczas, nowego typu - zapowiedział premier Jarosław Kaczyński podczas czwartkowej konferencji prasowej podsumowującej 365 dni działania rządu.


- W Polsce jest szereg wybitnych uczonych, którzy chcieliby pracować w warunkach bardziej komfortowych, niż na zasadzie takiej, że tu mamy uczciwych ludzi, a tu mamy takich, którzy współpracowali ze służbą bezpieczeństwa - powiedział premier.

Jarosław Kaczyński podkreślił, że chodzi także o odrzucenie "terroru intelektualnego, intelektualnej poprawności", jakie - jego zdaniem - panują obecnie na wielu uczelniach. Zaznaczył, że - w jego opinii - powołanie takiego uniwersytetu będzie dla znacznej grupy uczonych interesujące.

- Będzie to placówka, która - mam nadzieję - będzie wskazywała drogi nie tylko w sferze intelektualnej, ale także w sferze moralnej, jeżeli chodzi o świat akademicki - mówił premier.

Szef rządu dodał, że trwa reforma szkolnictwa wyższego i nauki, a wydatki na te cele zwiększają się. Jak mówił, tegoroczny 10- procentowy wzrost wydatków na naukę będzie w przyszłym roku znacznie wyższy.

- Już ten rok przyniósł bardzo wyraźny, pierwszy od paru lat wzrost wydatków i kolejne lata też będą przynosiły wzrost wydatków na cele naukowe i to nie tylko wydatków środków europejskich, ale także wydatków z budżetu państwa - zaznaczył premier.

Jarosław Kaczyński zwrócił uwagę, że w ciągu roku pracy jego rządu powołano Narodowe Centrum Badań i Rozwoju (instytucję realizującą działania z zakresu polityki naukowej i innowacyjnej państwa) oraz znowelizowano ustawę o finansowaniu badań naukowych.

- Wprowadzamy nowe struktury i te reformy będą kontynuowane, bo jest jeszcze pakiet dalszych ustaw dotyczących Polskiej Akademii Nauk i różnego typu instytutów badawczych - podkreślił Jarosław Kaczyński.

az, PAP
Gazeta.pl
19-07-2007

Jak PiS walczy z nepotyzmem

Po egzaminie na aplikację w krakowskiej prokuraturze apelacyjnej na czołowych miejscach znaleźli się m.in. syn szefa owej prokuratury oraz syn ministra Zbigniewa Wassermanna

O 30 miejsc na aplikacji ubiegało się dwa razy tyle chętnych. Zdawali egzamin pisemny i ustny. Listę z wynikami wywieszono kilka dni temu. Na drugim miejscu znalazł się Mariusz Giemza - syn szefa Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie Józefa Giemzy, a tuż za nim Wojciech Wassermann, syn obecnego koordynatora służb specjalnych Zbigniewa Wassermanna. Zanim zaczął on karierę rządową, pracował właśnie w krakowskiej apelacji. Wysoko na liście jest też córka szefowej szkolenia w tejże prokuraturze.

- Prokurator Giemza nie uczestniczył w pracach komisji egzaminacyjnej, nie było więc podstaw do kierowania syna do innego okręgu, podobnie zresztą jak w przypadku syna ministra Wassermanna - tłumaczy Jerzy Balicki, rzecznik prokuratury apelacyjnej.

W komisji byli jednak podwładni Giemzy: jego zastępca Ryszard Tłuczkiewicz (zarazem szef komisji), niedawno powołana szefowa wydziału postępowania przygotowawczego Małgorzata Tokarczyk oraz Maria Czapik, była szefowa krakowskiej prokuratury okręgowej odwołana w 2001 roku, gdy kierownictwu krakowskiej prokuratury zarzucono m.in. zatrudnianie znajomych i krewnych.

Syn ministra Wassermanna za część ustną egzaminu dostał maksymalną liczbę punktów - 30, a młody Giemza - 25. Kandydatów odpytywano pojedynczo, pytania do ustnego przygotowywano w prokuraturze apelacyjnej. Rzecznik Balicki przyznaje, że układali je także członkowie komisji. Zastrzega zarazem, że pytania odnosiły się do całości materiału i wymagały pełnej znajomości przepisów objętych egzaminem.

Prokurator Józef Giemza szefem krakowskiej prokuratury apelacyjnej został ponad rok temu - mianował go Zbigniew Ziobro.

Walkę o otwarcie korporacji i - w domyśle - oczyszczenia ich z nepotyzmu była jednym z głównych haseł PiS w ostatnich wyborach. Minister Ziobro, komentując wyrok Trybunału Konstytucyjnego w sprawie otwarcia korporacji, jako przykład patologii podawał sytuację, gdy "w wielu korporacjach dzieci bądź wnukowie adwokatów byli masowo przyjmowani w poczet członków palestry". - W niektórych przypadkach były to statystyki wręcz porażające, bo 90, a nieraz nawet 100 procent osób przyjętych były to osoby rodzinnie powiązane z przedstawicielami palestry. Przecież nikt zdrowo myślący nie może przyjmować, że jedynymi zdolnymi ludźmi do zdania egzaminu korporacyjnego są członkowie rodzin korporacji - powiedział wówczas Ziobro (cytaty za jego stroną internetową).

Teraz jednak Ministerstwo Sprawiedliwości nie widzi problemu w tym, że dzieci wysoko postawionych prokuratorów uzyskują aplikację tam, gdzie pracują ich rodzice. - Wyłączenie dotyczy tylko członków komisji egzaminacyjnych. Inne sytuacje nie są przewidziane w przepisach prawnych. Nie doszło do złamania procedur i przepisów prawa - oświadczył "Gazecie" sędzia Sławomir Różycki z wydziału informacji MS. Według niego nie można też mówić o naruszeniu etyki. - Trudno wymagać, by dziecko prokuratora przeprowadzało się do często bardzo oddalonego miasta, żeby odbywać aplikację, która trwa przeszło trzy lata - uważa Różycki.

Całkiem inaczej rzecz widzi Zbigniew Hołda z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, zwolennik otwarcia prawniczych korporacji. - Dzieciom prokuratorów nie możemy zakazać udziału w egzaminie, ale żeby uchylić podejrzenia, powinny składać go w innej prokuraturze apelacyjnej - przekonuje Hołda. - Odsunięcie wszelkich podejrzeń jest obowiązkiem przede wszystkich ich rodziców zatrudnionych w prokuraturze. Inaczej pozostaje wrażenie co najmniej niezręczności.

Dziekan Okręgowej Rady Adwokackiej w Krakowie Marek Stoczewski podkreśla, że obecnie egzamin na aplikację adwokacką składa się wyłącznie z części pisemnej, czyli anonimowego testu, który przychodzi z Warszawy. - Dane startujących komisja odtajnia po teście. Nie ma żadnego bezpośredniego kontaktu między komisją a kandydatem - podkreśla mec. Stoczewski.

Dlaczego w prokuraturze też nie wprowadzono takiego rozwiązania? Sędzia Różycki nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie. - Trudno powiedzieć. Zasady egzaminów aplikanckich rozstrzyga rozporządzenie ministra sprawiedliwości. Skoro tak zdecydował, to tak jest. Zresztą podczas egzaminów aplikanckich w sądzie też jest część ustna - stwierdził.

Jarosław Sidorowicz
Gazeta.pl
19-07-2007

Kaczyński : Warunki PiS albo przedterminowe wybory

Premier Jarosław Kaczyński potwierdza, że przedstawi liderom LPR i Samoobrony tak zwane "warunki dobrego rządzenia". Od ich spełnienia Prawo i Sprawiedliwość uzależnia dalsze trwanie koalicji. Premier powtórzył, że przy rządzie mniejszościowym wcześniejsze wybory parlamentarne są nieuniknione. Zdaniem premiera, rząd mniejszościowy na dłuższą metę jest niemożliwy.


- Nie ma takiej możliwości, żeby przy rządzie mniejszościowym uniknąć wcześniejszych wyborów. (...) Nie widzę możliwości powrotu do wielkiej koalicji - powiedział premier w Polskim Radiu.

- Rząd mniejszościowy na dłuższą metę jest niemożliwy. Natomiast kiedy będą wybory, no to jeszcze będzie sprawa do dyskusji - powiedział Jarosław Kaczyński.

Premier zaznaczył, że jeśli koalicjanci - LPR i Samoobrona - odrzucą tzw. warunki dobrego rządzenia, które ma im przedstawić jeszcze w czwartek, to "powstaje rząd mniejszościowy o innym składzie, niż ten dotychczasowy".

- Będą zmiany - jak daleko idące (...) tego jeszcze w tej chwili nie wiem; ale w każdym razie na pewno choćby tylko wprowadzenie kilku nowych ministrów. Po redukcji ilości wicepremierów ten skład będzie inny - wyjaśnił premier. - Później zobaczymy - dodał.

Premier wyjaśnił, że warunki dla koalicjantów będą bardzo konkretne - "głosowanie za uchyleniem immunitetów, jeżeli prokuratura będzie zgłaszała tego rodzaju wnioski". - Już wiemy, że w przypadku posła Łyżwińskiego to jest wniosek o tymczasowe aresztowanie - zaznaczył Jarosław Kaczyński. Wniosek ma związek z tzw. seksaferą w Samoobronie.

Premier jest gotów poczekać na odpowiedź LPR i Samoobrony kilka dni, ponieważ - jak wyjaśnił wczoraj rzecznik PiS Adam Bielan - zapewne będzie ona wymagała decyzji władz statutowych obu partii.

"Komisja ds. CBA sparaliżuje walkę z korupcją"

- Musi być jasność, że nikt nie będzie chciał powołać na przykład komisji do spraw CBA, bo to by oznaczało nie tylko sparaliżowanie CBA, ale sparaliżowanie wszystkich organów ścigania, jeżeli chodzi o walkę z korupcją na wysokich szczeblach władzy - dodał premier. Według niego, "każdy, kto jest za tą komisją, świetnie to wie". - Wie to Platforma, ale wiadomo, Platforma jest zdecydowanie przeciwko walce z korupcją. Ci, którzy chcą z nami rządzić, muszą być za - powiedział.

W środę PO zgłosiła w Sejmie wniosek o powołanie sejmowej komisji śledczej w sprawie działań CBA w resorcie rolnictwa, które doprowadziły do odejścia z rządu Andrzeja Leppera.

Szef rządu uważa, że jeżeli po śledztwie będą "jakieś realne powody, żeby sądzić, że coś było niedobrze, wtedy można rozmawiać o nadzwyczajnych procedurach, bo komisja jest instytucją nadzwyczajną. Natomiast w tym momencie ktoś, kto chce komisji śledczej, chce paraliżować (...), boi się, bo sam się nakradł czy poddawał się korupcji" - powiedział.

- Pozwólmy skończyć śledztwo - zaznaczył premier. Na pytanie, jaki czas koalicjanci będą mieli na odpowiedź, premier dał do zrozumienia, że będzie to kilka dni.

"Degrengolada w Platformie"

Jarosław Kaczyński ocenił też postawę Platformy Obywatelskiej jako zawód. - To jest partia, która w pewnym momencie - troszkę wbrew swoim korzeniom - zaczęła robić wrażenie partii, która może zaangażować się w budowanie rzeczywistości nowej, IV Rzeczpospolitej (...), ale po roku 2005, po wyborach, zaczęła się - nazwę to tak - degrengolada tej partii w stronę pozycji w istocie SLD-owskich, obrony III Rzeczpospolitej - powiedział premier.

Szef rządu mówił także o reformach. - Chcemy reformować finanse publiczne (...), chcemy reformować oświatę, szkolnictwo wyższe i naukę; chcemy wprowadzić mechanizmy kontrolne w administracji, których w tej chwili praktycznie nie ma - powiedział. Dodał, że rząd chce także modernizować służby policyjne, a także wprowadzać nowe rozwiązania w kulturze.

"Drapieżne kaczory potrafią porwać lisa"

Premier przyznał, że zawsze z radością występował w Radiu Maryja, bo "to jest kontakt z ważną częścią elektoratu". - Ale mogę powiedzieć tutaj jedno - do ojca Rydzyka, do decyzji wszystkich ojców, którzy tę rozgłośnię prowadzą, należy to, czy wolą funkcjonować na zasadzie (...) pluralizmu, czy też angażowania się w przedsięwzięcia marginalne i takie, które - obawiam się - będą w ciągu najbliższego czasu ulegały niesłychanie drastycznej moralnej kompromitacji (...), których nie da się obronić w Kościele - dodał.

Na pytanie, czy wierzy w trwałość formacji LiS (Liga i Samoobrona), szef rządu powiedział: nazwa jest piękna - LiS. - Drapieżne kaczory potrafią porwać lisa, unieść w powietrze i później los lisa jest ciężki - dodał premier.

az, PAP, IAR
Gazeta.pl
19-07-2007

Sędziowie wygrali w Trybunale

Trybunał Konstytucyjny obalił wczoraj przepis, który mógł doprowadzić do wymiany blisko 40 proc. składu Krajowej Rady Sądownictwa przed upływem jej kadencji


To kolejna z ustaw, która - w opinii środowiska sędziowskiego - zmierza do osłabienia niezależności sądownictwa. Na podpis prezydenta czeka inna: znacznie zwiększająca władzę ministra sprawiedliwości nad sądami i dająca możliwość odbierania w pewnych okolicznościach sędziom i prokuratorom immunitetu w 24 godziny. KRS, pierwszy prezes Sądu Najwyższego, rzecznik praw obywatelskich, adwokatura i opozycja apelują o jej niepodpisywanie.

Obalony wczoraj przez Trybunał przepis znalazł się w niedawno uchwalonej prezydenckiej nowelizacji ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa. Mówił, że nie można łączyć funkcji członka KRS z funkcjami prezesa lub wiceprezesa sądu. W tej chwili w KRS jest dziewięciu prezesów i wiceprezesów sądów powszechnych. Stanęliby więc przed wyborem - zrezygnować z członkostwa w Radzie czy z kierowania sądem.

- Już czterech z nich zapowiedziało, że w razie, gdyby ten przepis wszedł w życie - zrezygnują z KRS. Funkcja prezesa sądu jest z punktu widzenia rozwoju zawodowego sędziego bardziej atrakcyjna niż społeczna praca w KRS. Tak więc grozi nam wymiana składu Rady przed końcem jej kadencji - mówił wczoraj na rozprawie w Trybunale przewodniczący KRS sędzia Stanisław Dąbrowski. - Ten przepis nie tylko spowoduje wymianę składu Rady, ale też ją osłabi. Prezesi sądów to najczęściej osoby, które mają autorytet w swoim środowisku, pod względem osobowości i wiedzy stanowią sędziowska elitę. Jeśli takich ludzi wyeliminuje się z zasiadania w Radzie, to może ona gorzej wypełniać swoje konstytucyjne zadania.

Według konstytucji Krajowa Rada Sądownictwa "stoi na straży niezależności sadów i niezawisłości sędziów". W jej skład wchodzi 15 sędziów, których wybiera sobie środowisko sędziowskie, prezesi Sądu Najwyższego i Naczelnego Sądu Administracyjnego, minister sprawiedliwości, przedstawiciel prezydenta, czterech posłów i dwóch senatorów.

W uzasadnieniu prezydenckiej nowelizacji napisano, że łączenie funkcji prezesa i wiceprezesa sądu z zasiadaniem w KRS grozi konfliktem interesów. Na przykład sędzia jako prezes rekomenduje powołanie kogoś na funkcję sędziego, a potem jeszcze raz popiera tę kandydaturę jako członek KRS (KRS składa prezydentowi wnioski o nominacje sędziowskie).

- Jeśli chodzi o hipotetyczny konflikt interesów, to mogą go mieć także parlamentarzyści zasiadający w KRS. Uchwalają przepisy, które KRS może chcieć skarżyć - zwróciła uwagę sędzia Teresa Fleming-Kulesza, członkini KRS.

Trybunał przyznał rację Radzie: - Konstytucja wymienia funkcje w konstytucyjnych organach, których nie można ze sobą łączyć. Nie ma wśród nich zakazu łączenia zasiadania w KRS z funkcjami prezesa i wiceprezesa sądu - uzasadniał wyrok sędzia Marek Mazurkiewicz. - Konstytucja mówi też, że prawo wybrania do KRS mają wszyscy sędziowie sądów powszechnych. Wyłączenie spośród nich prezesów i wiceprezesów nie znajduje konstytucyjnego uzasadnienia.

Trybunał podkreślił też, że z niewiadomych powodów pozostawiono prawo zasiadania w Radzie prezesom i wiceprezesom sądów administracyjnych i wojskowych.

Za niekonstytucyjne uznał też to, że nowe zasady miałyby obowiązywać już w trakcie rozpoczętej kadencji Rady, co oznacza zmianę jej składu: - Zmiana reguł gry w trakcie kadencji KRS jest nie do pogodzenia z zasadą zaufania do państwa i stanowionego przez nie prawa.

Trybunał orzekł w pięcioosobowym składzie. Jeden sędzia - Wojciech Hermeliński - zgłosił zdanie odrębne. Uznał że KRS w ogóle nie miała uprawnień do zaskarżenia tych przepisów do Trybunału. Kwestia niepołączalności funkcji nie ma, jego zdaniem, wpływu na konstytucyjne zadania KRS, a tylko w takich sprawach Rada może wnosić skargi.

Ewa Siedlecka
Gazeta Wyborcza
19-07-2007

Jarosław Kaczyński : Nie ma wyjścia, będą wybory

Będą wybory - zapowiada szef rządu w wywiadzie dla "Rzeczpospolitej". Podejrzewa, że Samoobrona i LPR chcą stworzyć nową koalicję z Platformą Obywatelską.


Jarosław Kaczyński twierdzi, że miał powody do odwołania Andrzeja Leppera z funkcji wicepremiera. Za wystarczające dowody uznał nagrania Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Jak opowiada premier, ciągle jest na nich mowa o "pierwszym", który ma załatwić sprawę oraz bezpośrednio o Lepperze.

Kaczyński przyznaje, że zakładał konieczność rozpisania wcześniejszych wyborów, gdy zgadzał się na operację CBA. Był gotów na upadek rządu. Lepper - twierdzi - nieustannie przychodził do niego ze skargami na toczące się śledztwa przeciwko działaczom Samoobrony. I nie jest gotowy zmienić swoich oczekiwań.

Pytany o obraźliwe słowa ojca Tadeusza Rydzyka pod adresem prezydenta i jego żony, premier powiedział, że duchowny powinien przeprosić. Ale dodał, że są ludzie, którzy znacznie bardziej obrazili prezydenta i to wielokrotnie, jak np. Lech Wałęsa, i media w ogóle nie zwróciły na to uwagi.

LiS w koalicji z PO?

Tymczasem z informacji "Rz" wynika, ze Liga i Samoobrona szukają porozumienia z Płatforma Obywatelską. Politycy PiS podejrzewają, że w ten sposób chcą zbudować nową koalicję większościową i przejąć rządy. W środę miało dojść do tajnego spotkania Romana Giertycha i Andrzeja Leppera z Donaldem Tuskiem. Całą trójkę polityków zaprosił do swojego pałacu w Bobrówce koło Hajnówki arcybiskup Sławoj Leszek Głódź.

Ostatecznie do rozmów z Tuskiem nie doszło. Ale Giertych niczego nie wyklucza. Wprost mówi, że Kaczyński, podając rząd do dymisji, sporo ryzykuje. - Bo chociaż PO twardo mówi dziś, że nie ma mowy o żadnych porozumieniach, może zmienić zdanie - twierdzi w rozmowie z "Rz". - Jestem pewien, że PO wolałaby startować z życzliwym dla siebie rządem za plecami, a nie ze strachem, że codziennie mogą wypływać porażające dokumenty na polityków Platformy - dodaje Roman Giertych.

az, PAP
Gazeta.pl
19-07-2007