piątek, 3 sierpnia 2007

Urzędy nie są gotowe na e-podpis

MSWiA kończy nowelizację ustawy o e-podpisie, która ma wejść w życie w połowie 2008 roku. Część branży ją krytykuje, część uważa, że to krok do przodu w upowszechnieniu e-podpisu. Obecnie e-podpisów jest tylko nieco ponad 10 tys., a wartość tego rynku nie przekracza 1 mln zł.

Na złożenie drogą elektroniczną deklaracji podatkowej czy wniosku o wydanie paszportu trzeba będzie jeszcze trochę poczekać. W Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji kończą się dopiero prace nad nowelizacją ustawy o podpisie elektronicznym. We wrześniu gotowy projekt ma trafić do konsultacji i uzgodnień międzyresortowych.

- Jeśli wszystko pójdzie dobrze, ustawa będzie mogła wejść w życie w połowie przyszłego roku. To mój cel - mówi Grzegorz Bliźniuk, wiceminister w MSWiA, odpowiedzialny za informatyzację.

Nowela ma pomóc rynkowi

Zmiany zdaniem ministra mają uprościć procedurę wydawania certyfikatów oraz wpłynąć na szybszy rozwój rynku. Nowela ma ujednolicić standardy, według których wydawane są certyfikaty. Wprowadza też nowe definicje: podpisu zaawansowanego i zaawansowanego podpisu bezpiecznego. Precyzuje też definicję urządzeń do obsługi e-podpisu. Nowością będzie też możliwość złożenia podpisu przez osobę fizyczną w imieniu firmy lub instytucji, co dotychczas było skomplikowane - brakowało elektronicznej pieczęci przedsiębiorcy, co powodowało, że firma musiała kupić certyfikaty dla wszystkich uprawnionych do kontaktów z ZUS, ale jeśli ktoś uprawniony odszedł z pracy, pracodawca musiał kupować nową kartę.

- System będzie bardziej kompatybilny, na rynku powstanie większa konkurencja, firmom łatwiej będzie prowadzić interesy, a obywatelom - załatwiać swoje sprawy - tłumaczy Grzegorz Bliźniuk.

- Nowelizacja to dobry krok w kierunku upowszechnienia e-podpisu. Upraszcza wiele nazw i definicji i wprowadza ułatwienia dla firm - mówi Wacław Iszkowski, prezes Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji.

Mało kto korzysta

Co można zrobić za pomocą e-podpisu?

- Zapłacić podatek dochodowy, składając zeznanie przez internet, śledzić swój rachunek w ZUS, złożyć podanie o dowód osobisty czy paszport, zdobyć wyciąg z ksiąg wieczystych - dodaje Grzegorz Bliźniuk.

To teoria. W praktyce jest to jednak o wiele bardziej skomplikowane - dziś każdy obywatel może bowiem korzystać z e-podpisu, ale mało kto to robi.

- Na prywatny użytek e-pod-pis kupili jak na razie nieliczni. Nie potrafię podać liczby, ale w KIR jest z pewnością kilkunastu, może kilkudziesięciu użytkowników, którzy mają certyfikat dla siebie. Ale to są naprawdę wyjątkowe przypadki. Wynika to przede wszystkim z możliwych zastosowań e-podpisu. Obecnie systemy informatyczne akceptujące e-podpis są tworzone pod firmy, a nie przeciętnego obywatela - mówi Robert Podpłoński, dyrektor Krajowej Izby Rozliczeniowej, jednego z trzech centrów certyfikacyjnych, działających na rynku.

Polskie urzędy miały być przygotowane do przyjmowania od nas dokumentów z e-podpisem już w połowie sierpnia ubiegłego roku. Ale Sejm uchwalił ustawę, przedłużającą ten termin do maja przyszłego roku. Powód? Zaledwie 10 proc. urzędów samorządowych było w stanie przyjąć e-podpisy.

Według różnych szacunków, w Polsce wydano dotychczas e-podpisy co najmniej 10 tys. osób, ale może ich być kilkanaście tysięcy.

- Użytkownikami są wyłącznie osoby fizyczne, bo tego wymaga prawo. Natomiast niemal wszystkie są kupowane przez pracodawców dla swoich pracowników. To na razie wszystko - dodaje Robert Podpłoński.

Wydają je trzy firmy - Krajowa Izba Rozliczeniowa, Unizeto i Państwowa Wytwórnia Papierów Wartościowych.

Spór o zalety nowej ustawy

Wartość tego rynku szacowana jest na kilkaset tysięcy złotych do maksymalnie 1 mln zł rocznie. Firmy liczą jednak, że r ynek znacznie powiększy się od lipca przyszłego roku - wtedy wszystkie firmy zatrudniające powyżej pięciu osób, przekazując dokumenty do ZUS, będą musiały korzystać z bezpiecznego podpisu elektronicznego.

Firmy działające na rynku uważają jednak, że nie można spodziewać się, że po wej- ściu przygotowywanej przez MSWiA nowelizacji Polacy nagle ustawią się w kolejkach po własny e-podpis.

Robert Podpłoński z KIR uważa wręcz, że nowelizacja może rynkowi zaszkodzić.

- Są w niej wady, zmiany na gorsze i wiele zapisów wątpliwych prawnie. Wiele propozycji spowoduje wzrost ryzyka biznesowego dla centrów certyfikacyjnych. Wszystkie te wady skutkowałyby znacznymi kosztami po stronie administracji oraz sektora prywatnego i często wymagałyby zmian jeszcze wielu ustaw - dodaje.

- Rozwój rynku e-podpisu na masową skalę zależy w dużej mierze od sektora publicznego - wyjaśnia Marek Barszczyński, kierownik działu sprzedaży Sigillum PCCE (Polskie Centrum Certyfikacji Elektronicznej).

- Obecnie obserwujemy duży nacisk na informatyzację urzędów. Największe szanse stwarzają takie projekty jak Płatnik, w którym zwykły certyfikat zostanie zastąpiony kwalifikowanym, oraz narzędzia, z których będą mogli korzystać wszyscy obywatele, np. e-PUAP czy e-Deklaracje.

Co rozwinie rynek

Zdaniem Jarosława Jabłonowskiego, współwłaściciela firmy Waja, zajmującego się świadczeniem rozwiązań informatycznych dla administracji publicznej, rozwój rynku blokują trzy rzeczy: brak edukacji społeczeństwa, wysoka cena e-podpisu (od 300 do 500 zł) oraz brak usług, czyli powodu, dla którego warto mieć e-podpis.

- Podpis elektroniczny stanie się masowy, jeśli będzie dostępny za darmo albo bardzo tanio, a zarabiać będzie się na usługach z nim związanych, np. e-płatność, e-faktura, e-bankowość. Gdyby obywatel czy firma mogli, korzystając z podpisu, załatwić wszystkie formalności w urzędzie skarbowym, ZUS-ie czy gminie, wówczas pojawiłby się popyt - podkreśla.

Dodaje, że przy zmianie modelu na usługowy, dopuszczającego zarabianie na usługach, oprócz centrów certyfikacji, na zyski liczyć będą mogły firmy usługowe zajmujące się e-płat-nościami, e-fakturą czy e-admi-nistracją.

Jak kupić e-podpis?

Podpisując umowę z firmą wydającą certyfikaty, otrzymuje się kartę kryptograficzną, odpowiednie klucze. Kartę instaluje się później na komputerze, a przez internet ze strony certyfikatora ściąga się odpowiednią aplikację, pozwalającą na stosowanie podpisu. Można podpisać nim wszystko - od zdjęcia, po dokument w dowolnym formacie. Potem można go wysłać do innej osoby, która dzięki podpisowi może sprawdzić autentyczność dokumentu. Podobnie jak my, musi jednak zainstalować odpowiednią aplikację.

Opinia

Maciej Witkowski, wicedyrektor biura sprzedaży mBanku

Są co najmniej dwa obszary, gdzie e-podpis mógłby bardzo ułatwić życie klientom. Pierwszy z nich to zawarcie pierwszej relacji z bankiem (najczęściej rachunek bieżący). Dziś trwa to z reguły kilka dni. Są natomiast sytuacje, kiedy rachunku potrzebujemy od razu. W przypadku użycia podpisu elektronicznego proces otwarcia rachunku mógłby zostać praktycznie w całości zautomatyzowany, co pozwoliłoby na skuteczne otwarcie rachunku, np. o godzinie 23.

Drugi obszar to procesy kredytowe, gdzie obecnie klient musi pojawić się w banku osobiście, aby złożyć własnoręczne podpisy na dokumentach. Dzięki upowszechnieniu się e-podpisu liczba kontaktów klienta z pracownikiem banku w procesie kredytowym mogłaby zostać istotnie zmniejszona.

Michał Fura
Gazeta Prawna
03-08-2007

PiS obciąża moralnie Leppera

Wilkowi nie podoba się szczekanie psa, ale się go nie boi - mówi "Gazecie" o wypowiedziach byłych działaczy Samoobrony wiceszef partii Janusz Maksymiuk.


Trwa medialny festiwal, który ma pokazać, że Andrzej Lepper nie kontroluje już swojej partii i zaraz może mieć kłopoty z prawem. Byłych działaczy Samoobrony można zobaczyć w mediach częściej, niż Dodę Elektrodę. Brylują w prasie, nie wychodzą z telewizji. Jako "dobrze poinformowani" o sytuacji w Samoobronie wieszczą: - Od Leppera odejdzie 70 proc. posłów (b. senator Sławomir Izdebski), - Przy Lepperze zostanie 15 osób, klub będzie się nazywał Samoobrona Odrodzenie (poseł Alfred Budner), - Większość posłów pokaże Lepperowi gest Kozakiewicza (europoseł Ryszard Czarnecki).

Ile jest prawdy w tych deklaracjach? Nie wiadomo. Podobne zapowiedzi padały rok temu, kiedy PiS po raz pierwszy próbował rozbić Samoobronę. Skończyło się na tym, że kilku posłów Samoobrony musiało dokooptować grupę uciekinierów z LPR i niezrzeszonych, żeby w ogóle założyć klub. Teraz sytuacja może być inna, bo Lepper jest w większych opałach. PiS jest zdecydowany na jego "odstrzał" i wciąż przypomina, że może być z nim źle. - Tam są fragmenty poważnie obciążające Andrzeja Leppera - mówi we wczorajszym "Fakcie" Jarosław Kaczyński o aktach w sprawie afery "praca za seks" (opisanej przez "Gazetę"). Po południu o zeznaniach obciążających Leppera opowiadał dziennikarzom Marek Suski (PiS), szef sejmowej komisji regulaminowej, która zajmuje się materiałem nadesłanym przez prokuraturę. - Poseł Łyżwiński zajmował się dystrybucją usług seksualnych, a Andrzej Lepper był jednym z klientów. Ponad 30 tomów akt z postępowania zawiera liczne zeznania świadków obciążające Łyżwińskiego i Leppera. Akta przygotowywane pod kątem oskarżenia posła Łyżwińskiego nie obciążają Leppera procesowo, ale na pewno moralnie - mówił w TVN 24 Marek Suski.

Premier we wspomnianym wywiadzie mówi wprost: "Działacze Samoobrony muszą odpowiedzieć na pytanie - czy ich partia to tylko Andrzej Lepper, czy formacja, która ma plany na przyszłość?".

Za wcześnie jednak przesądzać, ile osób odejdzie z Samoobrony. Sprawa może rozstrzygnąć się dopiero na posiedzeniu Sejmu 22 sierpnia. A przeciąganie liny trwa. - Rozmawiamy z ludźmi Samoobrony. Praktycznie ze wszystkimi poza Lepperem i Czarneckim - mówi nam polityk PiS. Na co mogą liczyć, gdyby się zbuntowali przeciw Lepperowi? - Na dwa lata spokojnej kadencji - odpowiada nasz rozmówca. Pytany o konkretne frukta - stanowiska, miejsca na listach PiS - mówi, że "każdy przypadek należy rozpatrywać indywidualnie".

Liderzy Samoobrony nie chcą komentować tej ofensywy. Przeliczą siły w niedzielę. Wiceszef partii Janusz Maksymiuk: - Umówiliśmy się, że do niedzieli nie rozmawiamy o koalicji. Będzie Rada Krajowa, wysłaliśmy zaproszenia do posłów. Wszystko się wyjaśni. Rzecznik Samoobrony Mateusz Piskorski: - Dlaczego ci ludzie mieliby rozbić Samoobronę, skoro przed rokiem im się to nie udało?

• W sprawie koalicji odezwał się szef LPR Roman Giertych. - W przyszłym tygodniu będzie Zarząd Główny Ligi Polskich Rodzin, który będzie rozmawiał o przyszłości koalicji - powiedział PAP. Wcześniej chciałby porozmawiać z Andrzejem Lepperem i Jarosławem Kaczyńskim. Pytany o pomysł PiS, by to on przejął władzę nad LiS, Giertych odpowiada, że chce dotrzymać zobowiązań wobec Samoobrony. „Dla nas dużą wartością jest budowanie nowej formacji, jaką jest LiS” - oświadczył

Dominik Uhlig, Wojciech Szacki
Gazeta Wyborcza
03-08-2007

Obwodnica Augustowa przez Rospudę to najgorsza opcja

Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad nie ujawniła wyników ekspertyzy, którą sama zamówiła - dowiedział się DZIENNIK. Według ekspertów z firmy Scott Wilson przebieg trasy Via Baltica przez Rospudę nie jest optymalny. Droga powinna przebiegać przez Łomżę i omijać chronione torfowiska wokół Augustowa.

Paneuropejski Korytarz Transportowy, zwany Via Baltica, to projektowana trasa szybkiego ruchu łącząca kraje południowej i zachodniej Europy przez Polskę z krajami bałtyckimi i prowadząca aż do Helsinek. W Polsce rolę korytarza pełnią teraz dwie drogi: nr 8 - z Warszawy przez Białystok do Suwałk oraz nr 61 - z Warszawy przez Łomżę do Suwałk. Obie wąskie, kręte, niebezpieczne.

Ma je zastąpić droga ekspresowa, której fragmentem jest obwodnica Augustowa przez Dolinę Rospudy. I to ona właśnie budzi protesty ekologów, bo w rejonie tego miasta miałaby przecią torfowiska objęte unijnym programem Natura 2000.

GDDKiA twardo obstaje, że ta lokalizacja jest najlepsza - i dla ludzi, i dla środowiska. Tymczasem eksperci z międzynarodowej firmy konsultingowej Scott Wilson, której Generalna Dyrekcja zleciła w 2005 r. zbadanie, jaki wariant Via Baltica jest najbardziej uzasadniony społecznie, ekonomicznie i przyrodniczo, dowiedli, że ten obecnie forsowany wcale optymalny nie jest. Więcej: jest jednym z najgorszych. "Scott Wilson przebadał 40 wariantów drogi ekspresowej łączącej Warszawę z granicą litewską w Budzisku i wyłonił trzy najkorzystniejsze" - mówi DZIENNIKOWI prof. Andrzej Kraszewski z Wydziału Inżynierii Środowiska Politechniki Warszawskiej. "Żaden z nich nie wiedzie przez Białystok, a więc i przez Dolinę Rospudy" - dodaje.

Wyniki ekspertyzy firmy Scott Wilson, do których dotarł „Dziennik”, jednoznacznie wskazują najlepszy przebieg trasy: Warszawa – Pułtusk (albo Ostrów Mazowiecka lub Ostrołęka) – Ostrołęka – Łomża – Suwałki – Budzisko. Analizę opracowaną przez brytyjską firmę GDDKiA ma od listopada 2006 r. Drogowcy nie przyjęli jej do wiadomości. Dlaczego? "Badania zrobili, bo tak im nakazuje prawo unijne, ale wciąż upierają się przy swoim, chociaż wszyscy dookoła mówią, że jest alternatywy dla lansowanej przez nich trasy" - twierdzi prof. Janina Pijanowska, przewodnicząca Państwowej Rady Ochrony Przyrody.



Rzecznik GDDKiA Andrzej Maciejewski przyznaje, że jego firma nie zaaprobowała ekspertyzy Scott Wilson oraz że nakazała jej korektę. Dlaczego? Bo brakowało analiz środowiskowych, czyli wpływu inwestycji na przyrodę. Te analizy w tej chwili powstają. Kamila Kostkowska, rzeczniczka Scott Wilson: "W następny piątek będą gotowe. Niestety bez zgody GDDKiA nie możemy ich ujawnić" - dodaje.

Co się stanie, jeśli wariant przez Rospudę zostanie jednak ostatecznie oceniony negatywnie? "Jeśli Scott Wilson nie ugnie się pod presją zleceniodawcy i okaże się, że obecnie budowana trasa to złe rozwiązanie, zapewne Generalna Dyrekcja uczyni wszystko, by podważyć wyniki studium" - przypuszcza prof. Kraszewski. Dla Komisji Europejskiej byłby to bowiem najmocniejszy dowód na to, że Europejski Trybunał Sprawiedliwości powinien natychmiast wstrzymać inwestycję pod Augustowem.

Zapytaliśmy ministra transportu Jerzego Polaczka, czy wie o badaniach zleconych przez GDDKiA. "Nie znam tego materiału" - odparł. Po czym stwierdził: "Dla mnie wiążąca jest konstrukcja zapisana w decyzji Parlamentu Europejskiego, która mówi o przebiegu Via Baltica przez Białystok". Maciej Muskat z Greenpeace: "Uważam za karygodne, że wcześniej opinia publiczna nie poznała wyników badań Brytyjczyków" - komentuje. Sam jest zaskoczony, że taka analiza powstała. Zieloni nie mieli o niej pojęcia.

Czy augustowianie odpuściliby sobie walkę z ekologami, gdyby miasto uwolniono od tirów, budując Via Balticę przez Łomżę? "Augustów to miasto turystyczne i nam zależy, żeby turyści mieli tu dobry dojazd" - twierdzi burmistrz Leszek Cieślik. "Nam zależy na dobrej drodze szybkiego ruchu do Warszawy, ale bez tirów" - dodaje.

Izabela Marczak
Dziennik.pl
02-08-2007

czwartek, 2 sierpnia 2007

Ośla ławka u Fotygi

Piszą notatki służbowe, często sami dla siebie. Przychodzą do pracy, choć nikt ich nie potrzebuje. Najwięksi fachowcy, których w MSZ nikt nie słucha


Nie chodzi o klub emerytowanego dyplomaty, ale oślą ławkę polskiego MSZ, na której siedzą doświadczeni dyplomaci, b. ministrowie czy wiceministrowie. Z różnych powodów popadli w niełaskę władzy. Żaden inny kraj w Europie nie pozwoliłby sobie na lekceważenie takich osób. W Polsce zaś pozwala sobie na to partia, której kadrowa ławka - jeśli chodzi o politykę zagraniczną - jest właściwie pusta. I szefowa MSZ z tej partii, która ma kłopoty z obsadzeniem właściwymi ludźmi ambasad w krajach kluczowych dla polskiej polityki zagranicznej, np. we Francji, Włoszech czy w Hiszpanii.

Fachowiec w MSZ towarzysko

Określenie "ośla ławka" wymyślił podobno b. szef MSZ Stefan Meller na urodzinach innego b. szefa dyplomacji Władysława Bartoszewskiego. Zresztą dyplomaci z salonu odrzuconych przez PiS trzymają się razem. Łączy ich solidarnościowa przeszłość, chęć służenia krajowi i często niechęć wobec tego, co dzieje się w polskiej polityce. No i jeszcze coś - niemal wszyscy stracili swe poprzednie stanowiska MSZ w atmosferze niedomówień, bez jasno postawionych zarzutów, często podejrzewani o nielojalność. Teraz większość z nich pracuje na stanowisku referentów. Wszyscy pobierają pensje, ale bez dodatków funkcyjnych.

Kierownictwo MSZ nie ma wobec nich wygórowanych oczekiwań. I gdyby nie fakt, że chodzi o fachowców, których kwalifikacje marnują się, można by powiedzieć, że PiS zafundował im przymusowe wakacje. Dziekan oślej ławki Stefan Meller ze stanowiska szefa MSZ rządu PiS odszedł sam w maju 2006 r. na znak protestu po wejściu Andrzeja Leppera do rządu. Zachował etat w MSZ - pracuje w departamencie Europy Wschodniej, zajmując się oficjalnie stosunkami ormiańsko-tureckimi. Do MSZ przychodzi właściwie towarzysko, gdyż został zwolniony z obowiązku przychodzenia do pracy.

Również z własnej woli ze stanowiska wiceministra w MSZ zrezygnował jesienią 2006 r. Stanisław Komorowski - fizyk, dyplomata, były ambasador w Hadze i Londynie. Przestał być ministrem, bo jak tłumaczył "Gazecie", jako podsekretarz stanu nie czuł się komfortowo w ówczesnej sytuacji politycznej. Mógłby być doskonałym ambasadorem w niemal każdej stolicy Europy, a jest szeregowym pracownikiem w departamencie Azji i Pacyfiku (którego był kiedyś dyrektorem). Oficjalnie odpowiada za stosunki Europy z Azją, ale na korytarzach MSZ wszyscy wiedzą, że to fikcja.

Nieoficjalnie wiadomo, że prezydent Lech Kaczyński ma za złe Komorowskiemu, że podał się do dymisji na łamach "Gazety " (pierwsi napisaliśmy o jego decyzji). Dlatego miał usłyszeć od Kaczyńskiego, że dopóki on jest prezydentem, Komorowski nie wyjedzie na żadną placówkę.

Zniknąć z oczu minister

Przedłużeniem oślej ławki stało się archiwum MSZ, którego budynki mieszczą się w innej części Warszawy niż centrala na al. Szucha. Na korytarzach centrali mówi się, że obecne kierownictwo zsyła tam ludzi, których minister Fotyga nie chce oglądać na oczy. Szefem archiwum został właśnie Henryk Szlajfer, zwolniony jesienią 2006 r. ze stanowiska dyrektora departamentu Ameryki Północnej w atmosferze podejrzeń o kłamstwo lustracyjne.

Szlajfer, były opozycjonista i uczestnik Marca '68, miał zostać ambasadorem w USA, lecz w czerwcu 2005 r. publicznie pojawił się zarzut, że współpracował z SB. Szlajfer zaprzeczył i chciał oczyszczenia przed sądem lustracyjnym. Ale sąd odmówił, ponieważ nie pełnił funkcji podlegającej lustracji. Sprawy nie wyjaśniono do dzisiaj, a umiejętności i doświadczenie Szlajfera zamknięto w archiwum.

Na oślej ławce przeczekuje też Paweł Dobrowolski, b. dyrektor departamentu systemu informacji, rzecznik prasowy MSZ za czasów Mellera i b. ambasador w Ottawie. Dyrektorem przestał być w oku cyklonu tzw. afery kartoflanej (w lipcu 2006 r. niemiecki dziennik "tageszeitung" nazwał prezydenta Kaczyńskiego kartoflem). Winą Dobrowolskiego było to, że ten tekst umieszczono na ogólnodostępnej stronie internetowej MSZ w przeglądzie prasy piszącej o Polsce. Dziś tej strony już nie ma, a Dobrowolski to szeregowy pracownik departamentu, którego wcześniej był dyrektorem. Ale tylko na papierze - w rzeczywistości nikt nic od niego nie potrzebuje.

Przeciek i nie ma wiceministra

Szczególnym przypadkiem jest Ryszard Schnepf, b. sekretarz stanu i doradca ds. międzynarodowych premiera Kazimierza Marcinkiewicza. Do dymisji został zmuszony w maju 2006 r. Oficjalnie dlatego, że, jak sam mówił, "tworzona przez niego koncepcja włączenia w projekt budowy gazociągu bałtyckiego krajów Unii Europejskiej, w tym Polski, nie znalazła uznania u jego przełożonych; a sam jej pomysł został niefortunnie upubliczniony". Nieoficjalnie wiadomo, że został kozłem ofiarnym - powiedział wcześniej coś, co miał ogłosić publicznie Marcinkiewicz, na co nie chcieli zgodzić się bracia Kaczyńscy.

Schnepf chciał być ambasadorem w Madrycie (zna hiszpański i hiszpańską scenę polityczną) albo w którymś z krajów Ameryki Łacińskiej (był ambasadorem w Urugwaju). Nie ma szans, podpadł kiedyś wpływowemu dziś w MSZ kontrowersyjnemu biznesmenowi z Urugwaju Janowi Kobylańskiemu. Na otarcie łez dla Schnepfa stworzono w MSZ samodzielne stanowisko ds. problemów globalnych. Koledzy z MSZ żartują z niego, że "walczy z ptasią grypą". W przerwach walki z globalnymi zagrożeniami wykłada iberystykę.

Na oślą ławkę został zepchnięty wiceminister MSZ Witold Sobków. W październiku ten doświadczony dyplomata i b. ambasador w Irlandii został wiceszefem MSZ odpowiedzialnym za sprawy europejskie. Ale jego kontakty z minister Fotygą nie układały się najlepiej. Więc w grudniu Sobków przestał być wiceministrem. MSZ posłużył się przeciekiem do jednego z dzienników, który napisał, że rzekomo ma kłopoty z tzw. dopuszczeniem ABW do dokumentów niejawnych. Sobków temu zaprzeczył, ale Fotyga poprosiła ABW o dokładne sprawdzenie b. wiceministra.

W końcu ABW ustaliło, że Sobków jest czysty jak łza, ale do łask nie wrócił. Został szeregowym pracownikiem departamentu strategii i planowania polityki zagranicznej. Czasami wyjeżdża na różne zagraniczne konferencje i seminaria. Sam narzucił sobie dyscyplinę pracy - postanowił pisać dwie analityczne notatki tygodniowo, by nie wyjść z formy. Jako italianista byłby doskonałym kandydatem na ambasadora w Rzymie, a MSZ nie ma kogo tam posłać.

Jacek Pawlicki
Gazeta Wyborcza
02-08-2007

O przyznaniu wizy USA decyduje humor konsula

Jeśli mniej niż 10 procent Polaków będzie otrzymywało odmowę wyjazdu do USA, amerykańskie wizy zostaną dla nas zniesione. Ale spełnienie tego warunku może potrwać wiele lat, bo zależy to tylko i wyłącznie od konsulów USA - pisze DZIENNIK.

W zeszłym roku co czwarty Polak, który chciał wyjechać do USA, musiał pozostać w domu. Przesłany przez Kongres do Białego Domu projekt reformy polityki wizowej zakłada tymczasem, że do programu visa waiver mogą przystąpić jedynie te państwa, gdzie amerykańscy konsulowie w przynajmniej 90 procentach przypadków przyznają wizy. Prezydent Bush podpisze go jeszcze w tym tygodniu.

W zgodnej opinii ekspertów nasz kraj ten warunek mógłby spełnić szybko. Z powodu załamania kursu dolara i otwarcia rynków pracy w Europie Zachodniej wyjazd do USA za pracą na czarno przestaje się bowiem opłacać. Amerykańscy konsulowie mają więc coraz mniej powodów do odmowy przyznania wiz. Od dwóch lat liczba wyjeżdżających do Ameryki z tego powodu wręcz spada: w 2005 roku było ich 129 tysięcy, rok później już o 8 tysięcy mniej. "W tym roku spadek będzie jeszcze większy" - zapowiada amerykańska konsul w Krakowie Susan Parker-Burns.

Amerykanie pozostają jednak równie niechętni wobec wyjeżdżających Polaków jak dawnej. O ile w 2005 roku wiz do Stanów nie otrzymało aż 25,4 procent chętnych, o tyle rok później było ich jeszcze więcej: 25,8 procent. Ten rok, ostrzegają amerykańscy konsulowie, nie będzie lepszy.

Przewodniczący komisji spraw zagranicznych Sejmu Paweł Zalewski uważa, że w USA nie zauważono, iż od 1990 roku Polska przestała być biednym krajem, który ledwo wyrwał się z komunizmu. Polscy pracownicy placówek dyplomatycznych USA potwierdzają: decyzje amerykańskich konsuli są najczęściej uznaniowe, bez większego związku z rzeczywistą sytuacją petentów.

"Radzę przyjść w piątek, bo przed weekendem Amerykanie mają lepszy humor. Dobrze też, kiedy za oknem jest ładna pogoda. No i warto ładnie się ubrać, choć jeden konsul woli wypastowane buty, a drugi większy luz" - radzi tym, którzy chcą złożyć podanie o wizę, jeden z Polaków zatrudnionych w konsulacie USA w Warszawie.

Po wejściu do budynku decyzja zapada błyskawicznie. W ciągu roku amerykański konsul przeprowadza statystycznie około 10 tysięcy rozmów z kandydatami do wyjazdu do Ameryki. Na każdą poświęca minutę, najwyżej dwie. "Trzeba w tym czasie przekonać nas o dwóch rzeczach: że nie przekroczy się terminu pobytu ustalonego w wizie (6 miesięcy) i nie podejmie pracy" - mówi DZIENNIKOWI Susan Parker-Burns.

Jak to zrobić w parę chwil? Większe szanse mają starsi niż młodsi, zamężni niż kawalerowie i panny, bo tych pierwszych, wedle wyczucia Amerykanów, "łączą słabsze więzi z rodzinnym krajem". Dobrym argumentem czasami okazuje się wysokopłatna praca i własnościowe mieszkanie.

"Ci, którzy przyjeżdżają z okolic Łomży czy Rzeszowa, mają natomiast na starcie marne szanse, bo u urzędników USA utrwaliło się przekonanie, że wielu z nich ląduje na nielegalnych budowach Chicago czy nowojorskiego Greenpointu" - twierdzą nasi polscy rozmówcy w amerykańskiej ambasadzie.

Jedno jest pewne: bliskie związki polityczne Polski z USA okupione udziałem w interwencji w Iraku i Afganistanie nie mają najmniejszego znaczenia przy przyznawaniu wiz. "Obowiązują nas identyczne kryteria i procedury na całym świecie, czy to w Polsce, czy w Syrii" - przekonuje Susan Parker-Burns.

Czy amerykańscy konsulowie trafnie wyłapują potencjalnych nielegalnych imigrantów? Tego nikt nie wie. W Stanach Zjednoczonych nie ma bowiem systemu rejestrującego wyjeżdżających z kraju. Co prawda każdy powinien w chwili opuszczenia Ameryki pozostawić specjalne druki I-94. Jednak służby imigracyjne USA nie dbają o wyegzekwowanie tego obowiązku, a karty tych, którzy oddali je przy wyjeździe z Ameryki, trafiają do magazynów w Puerto Rico i nigdy nie są wprowadzane do baz komputerowych.

Brak więc danych o tym, ilu Polaków przekroczyło dozwolony czas pobytu lub podjęło nielegalną pracę. Co prawda projekt ustawy emigracyjnej zakłada, że Departament Bezpieczeństwa Wewnętrznego zbuduje w ciągu roku system kontroli wyjazdów. Ale mało kto wierzy, że się to uda: niespełnione zapowiedzi w tej sprawie regularnie powtarzają się od zamachów z 11 września 2001 roku.

Postawa Amerykanów coraz bardziej irytuje naszych polityków. "Będziemy apelować do Departamentu Stanu, aby nakazał konsulom przeprowadzanie obiektywnej oceny podań Polaków występujących o wizy. Sam George Bush obiecał przecież prezydentowi Kaczyńskiemu współpracę w tej sprawie" - zapowiada Paweł Zalewski (PiS).

Bronisław Komorowski (PO) chce z kolei powołać zespół do zbadania kilkuset przypadków osób, którym odmówiono wjazdu do USA. "W ten sposób łatwo udowodnimy, że ci ludzie wcale nie chcieli złamać amerykańskiego prawa" - twierdzi wicemarszałek Sejmu.

Jędrzej Bielecki
Dziennik.pl
02-08-2007