poniedziałek, 13 sierpnia 2007

Jak wygląda Żyd

"Pierwszy raz widzę rabina o niebieskich oczach" - wykrzyknął nowo zatrudniony urzędnik Centralnego Ośrodka Doskonalenia Nauczycieli podczas warsztatów o Holocauście w Izraelu.


Coroczne warsztaty Międzynarodowej Szkoły Studiów o Holocauście odbywają się w izraelskim Instytucie Yad Vashem. W czerwcu wzięła w nich udział 24-osobowa grupa z Polski. Anglistę Tadeusza Trzaskowskiego wysłał Centralny Ośrodek Doskonalenia Nauczycieli, od ponad roku opanowany przez LPR.

Wykłady i dyskusje trwały półtora tygodnia od rana do wieczora. W programie jest też szabasowa kolacja i obserwacja modłów w synagodze.

- Najaktywniejszy był wysłannik CODN - opowiada nauczycielka z Warszawy, która też była na warsztatach. - Pytał, skąd wiadomo, ile ofiar naprawdę pochłonął Holocaust? Bo on ma dane, że liczba ofiar jest przeszacowana. Dlaczego mówi się nieprawdę o Jedwabnem? Przecież Polacy nie mogli czegoś takiego zrobić. Nie chciał przyjmować argumentów. W muzeum, gdzie była rekonstruowana synagoga, mimo próśb gospodarzy Trzaskowski nie chciał zdjąć kowbojskiego kapelusza i założyć jarmułki. A na widok rabina wykrzyknął: "Pierwszy raz widzę rabina o niebieskich oczach".

Nauczycielka dodaje: - Kompromitacja! Nie wiedzieliśmy, co robić. Wyśmiewaliśmy, próbowaliśmy zakrzyczeć, wychodziliśmy z sali. Bez skutku.

Tadeusz Trzaskowski to nowy pracownik CODN. Od kwietnia pracuje w pracowni informacji pedagogicznej.

W czerwcu 2006 r. Giertych odwołał poprzedniego dyrektora Mirosława Sielatyckiego za wydanie oficjalnego podręcznika Rady Europy "Kompas", o tym, jak uczyć tolerancji. Wśród 50 scenariuszy lekcji jeden dotyczył seksualności, w tym gejów i lesbijek, co Giertych uznał za niedopuszczalną promocję homoseksualizmu (sprawa jest w sądzie pracy). Na miejsce Sielatyckiego przyszła Teresa Łęcka, katechetka z Łodzi.

Potem LPR próbował zatrudnić w CODN prawnika Tomasz Połetka - wszechpolaka, przyłapanego przez "Fakt" na faszystowskich gestach. Połetek przepadł. Łęcka zrobiła swoim zastępcą innego wszechpolaka - Pawła Zanina.

Jak pisaliśmy wczoraj, w proteście przeciw ideologizacji i degradacji CODN odchodzą najlepsi specjaliści.

Wicedyrektor CODN Witold Kowalczyk powiedział "Gazecie", że w zachowaniu Trzaskowskiego w Izraelu dyrekcja nie widzi nic niestosownego.

Aleksandra Pezda
Gazeta Wyborcza
08-08-2007

Nie sprawdzili, czy Blida ma broń

Po raz pierwszy ABW przyznaje się do błędów przy zatrzymaniu Barbary Blidy. - Nie mamy wątpliwości, że doszło do nieprawidłowości zarówno podczas przygotowania, jak i samego zatrzymywania pani Blidy - przyznał wczoraj "Gazecie" Grzegorz Ocieczek, wiceszef Agencji.


Błędy znaleźli oficerowie inspekcji Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, którzy prowadzili postępowanie dyscyplinarne ws. akcji przeciwko Barbarze Blidzie, byłej minister budownictwa i posłance SLD. 24 kwietnia katowiccy prokuratorzy wydali Agencji nakaz zatrzymania Blidy. Chcieli jej postawić zarzut pośrednictwa w przekazaniu 80 tys. zł łapówki dla prezesa spółki węglowej. Podczas akcji Blida zastrzeliła się.

Jakie błędy popełniła ABW? Po pierwsze - oficerowie nie sprawdzili, czy Blidowie mieli broń. A można to było łatwo ustalić w bazie danych śląskiej policji. Przed każdym zatrzymaniem wydział operacyjny robi rozpoznanie podejrzanych (z kim mieszkają, jakimi autami jeżdżą, jakie mają zwyczaje) i ocenia zagrożenia. Sprawdzenie licencji na broń to jedno z głównych elementów rozpoznania.

Drugi błąd - nie przeszukano łazienki u Blidów. Była posłanka poprosiła o kilka minut na poranną toaletę. W łazience, po umyciu zębów, strzeliła sobie w pierś ze schowanego tam rewolweru.

Trzeci błąd - funkcjonariuszka Agencji zabrała tylko dwa zamiast 14 pocisków do pistoletu. Gdyby doszło do strzelaniny, nie miałaby się czym bronić.

Jednak do tej pory nie ustalono, czy funkcjonariuszka zostawiła Blidę na chwilę w łazience samą.

Postępowanie dyscyplinarne objęło wicedyrektora katowickiej ABW, naczelnika wydziału śledczego, oficera planującego akcję oraz troje funkcjonariuszy, którzy zatrzymywali Blidę. Wszystkich zawieszono i przedstawiono im dyscyplinarne zarzuty niedopełnienia obowiązków.

Z konsekwencjami wobec nich szefowie ABW czekają na wynik śledztwa w sprawie śmierci Blidy prowadzonego przez prokuraturę w Łodzi. - Po zapoznaniu się z jego materiałami zdecydujemy o karach dla winnych zaniedbań - zapowiada Ocieczek.

Mecenas Leszek Piotrowski, pełnomocnik rodziny Blidów, przyznanie się ABW uważa za dowód, że "nie chciała niczego zamieść pod dywan". Ale dodaje, że funkcjonariuszom należy postawić zarzuty: - To, że pani Blida mogła popełnić samobójstwo, jest wynikiem ich błędów.

Adwokat nadal uważa, że do pełnego wyjaśnienia okoliczności jej zatrzymania i śmierci niezbędna jest komisja śledcza. Powinna zwłaszcza zbadać działania katowickich prokuratorów, którzy prowadzili śledztwo przeciw mafii węglowej. - Trzeba dociec, czy działali pod naciskiem przełożonych, którym zależało na sukcesie politycznym - mówi Piotrowski. - Świadczy o tym choćby zamiar sfilmowania dla biura prasowego ABW momentu wyprowadzenia Blidy z domu.

Miesiąc temu "Gazeta" ujawniła protokoły przesłuchań tych prokuratorów. Byli oni wprawdzie przekonani, że Blidzie należy postawić zarzut, ale nie byli zgodni, czy należy ją zatrzymać. Niektórzy obawiali się spektaklu medialnego władz resortu sprawiedliwości oraz ataku lewicowej opozycji na prokuraturę.

Prokuratura w Łodzi czeka teraz na opinię biegłych. Na sierpień zaplanowano przesłuchanie wysokich oficerów ABW oraz Emila Melki, katowickiego prokuratora odsuniętego od sprawy mafii węglowej.

27 lipca "Gazeta" i Radio RMF FM ujawniły stenogram rozmowy, na którą wezwał Melkę zwierzchnik Tomasz Janeczek, szef katowickiej prokuratury apelacyjnej. Polecił Melce, by opisał dokładnie, czy przełożeni wywierali na niego naciski podczas śledztwa. Ale Melka się wzbraniał. Mówił, że nie opisze wszystkiego, bo straci pracę, a całą prawdę ujawni dopiero przed komisją śledczą. Teraz ma z tego powodu postępowanie dyscyplinarne.

Marcin Pietraszewski
Gazeta Wyborcza
08-08-2007

Religa: Krew z Przystanku Woodstock jest bezpieczna

Ten, kto mówi coś takiego, nie ma pojęcia na temat pobierania krwi - tak minister zdrowia Zbigniew Religa komentuje wypowiedź Hanny Wujkowskiej. Doradca ministra Giertycha stwierdziła na łamach "Naszego Dziennika", że krew zebrana w czasie Przystanku Woodstock może być zarażona HIV i żółtaczką.

"W atmosferze przesączonej (dosłownie) promilami, łoskotem satanistycznej muzyki i przekleństw oddawana jest krew na potrzeby chorych" - pisze doradca ministra edukacji ds. promocji ochrony życia w szkole. "Na Woodstock profanuje się wartość krwi" - dodaje i jak podkreśla, krew oddawano w kurzu, w namiotach. Tylko, jak się okazało, Wujkowska miała raczej słabe pojęcie o tym, jak pobierano krew na festiwalu.

Akcję krwiodawstwa, zorganizowaną przez Polski Czerwony Krzyż, kilkakrotnie kontrolował sanepid. Na jej temat wypowiedział się także minister zdrowia. Stwierdził, że jest mu smutno, kiedy słyszy takie rzeczy, i to w dodatku z ust lekarza. "Przed młodymi ludźmi, którzy oddali tak ogromną ilość krwi, należy chylić czoło, a nie opowiadać bzdury" - oburzał się.

W czasie festiwali krew pobierano w specjalnych autobusach, nie w zakurzonych namiotach. Inspektorzy sprawdzili całe miasteczko PCK. Wszystko było w porządku. Ochotnicy wypełniali ankiety, badał ich lekarz, pobrana krew poszła do badań.

Mimo że już na wstępie odpadło 15 procent chętnych, zebrano 700 litrów krwi.

"W żadnej próbce nie znaleziono śladów HIV. Jedna osoba miała żółtaczkę typu B, siedem typu C. Wszyscy będą o tym poinformowani, a ich krew trzeba będzie zniszczyć" - wyjaśnia "Gazecie Wyborczej" Przemysław Kania, dyrektor PCK. "Gdyby przebadać statystyczną grupę Polaków, uzyskalibyśmy podobne wyniki. A zatem udało nam się zebrać doskonałą krew" - dodaje.

"Jeśli chce pani taką krew, to proszę bardzo. Ja traktuję mój zawód lekarza poważnie i dbam o dobro pacjentów" - stwierdza w rozmowie z "Wyborczą" Wujkowska.

Doradca Romana Giertycha ds. promocji ochrony życia w szkole z zawodu jest lekarzem.

Mariusz Nowik
Dziennik.pl
08-08-2007

Pociąg Gosiewskiego skazany na likwidację?

PKP gorączkowo szuka pasażerów dla pociągu uruchomionego specjalnie dla Włoszczowy, bo podróżni z 11-tysięcznego miasteczka nie są w stanie zapełnić nawet krótkiego składu.


Godz. 5.05, dworzec główny w Częstochowie: z tzw. peronu kieleckiego rusza elegancki błękitno-granatowy pociąg Tanich Linii Kolejowych "Augustyn Kordecki" przez Włoszczowę Północną do Warszawy.

W przedziałach po jednym, najwyżej dwóch pasażerów, jednak niektóre - zwłaszcza w pierwszej klasie - są puste. Kilka osób wsiądzie po drodze w Koniecpolu, kilkanaście - góra 20 - na słynnym włoszczowskim peronie.

PKP Intercity uruchomiły "Kordeckiego" specjalnie dla Włoszczowy. Zdając sobie jednak sprawę, że pasażerów nie będzie tam wielu, za stację początkową obrano najbliższe duże miasto, czyli Częstochowę.

Plan zawiódł: pod Jasną Górą nie wsiada tylu podróżnych, ilu się spodziewano. Przyczyniła się do tego zbyt wczesna pora odjazdu - godz. 5.05, a także to, że już o 5.46 odjeżdża do Warszawy kolejny pociąg siostrzanej spółki PKP Przewozy Regionalne (kursuje inną trasą: przez Piotrków, Koluszki, Skierniewice).

PKP Intercity odmawia informacji o rentowności pociągu: - Tajemnica handlowa - wyjaśnia rzeczniczka Adrianna Chibowska.

Straty jednak muszą być, skoro spółka chce zmienić relację włoszczowskiego pociągu. We wstępnych przymiarkach do rozkładu jazdy na 2008 r. - do którego dotarliśmy - "Kordeckiego" już nie ma, za to pojawia się "Morcinek". Ma ruszać z Gliwic. Jednak nim wjedzie na Centralną Magistralę Kolejową, nieźle pokrąży, zahaczając o Olkusz i Wolbrom. Te miasta mają zapewnić dodatkowych podróżnych, ale aby nie tracić katowiczan, niezadowolonych z dłuższej jazdy, rekompensatą ma być niższa niż w ekspresach taryfa. "Morcinek" będzie miał bowiem kategorię Tanich Linii Kolejowych, tak jak skazany na likwidację "Kordecki".

Jednak i ta strategia poszukiwania pasażerów może spalić na panewce. Siostrzana spółka PKP Przewozy Regionalne zamierza bowiem wydłużyć w najbardziej oblegane poniedziałki trasę pociągu pospiesznego "Kmicic", kursującego dziś z Częstochowy do Warszawy starą linią wiedeńską. Od 9 grudnia ma on ruszać z Katowic - właśnie w porze "Morcinka". A cena biletu na "Kmicica" będzie jeszcze niższa.

PKP Intercity zmian w planie obsługi Włoszczowy i Częstochowy nie komentuje. - Trwa konstruowanie rozkładu jazdy 2007/2008 i obecnie nic wiążącego powiedzieć nie mogę - odpowiedziała nam Adrianna Chibowska.

36 pasażerów dziennie

Od października 2006 r. do czerwca 2007 z peronu Włoszczowa Północ skorzystało blisko 10 tys. pasażerów, co oznacza, że do dwóch pociągów ("Kordeckiego" oraz ekspresu "Malinowski" do Krakowa, który przejeżdżał wcześniej przez Włoszczowę, ale bez zatrzymywania) wsiada 36 pasażerów dziennie. - Już jeden sprzedany bilet pokrywa koszt zahamowania i rozpędzenia składu - przekonywał niedawno Michał Wrzosek, rzecznik PKP.

Peron we Włoszczowie Północnej kosztował 900 tys. zł. 30 proc. tej sumy pokrył samorząd miasta.

Tomasz Haładyj
Gazeta Wyborcza Częstochowa
08-08-2007

"O drogach głównie się mówi, zamiast budować"

Trudno uwierzyć w plan budowy 770 km autostrad i 2817 km dróg ekspresowych do 2015 r., w sytuacji kiedy obecny rok zakończymy, oddając do użytku 7 km autostrady pod Szczecinem.


Raport NIK o funkcjonowaniu transportu w latach 1990-2004 jako jeden z głównych powodów tego, że w Polsce o nowoczesnych drogach i kolei głównie się mówi, zamiast budować, wskazuje nieustanne zmiany organizacyjne i tworzenie nowych programów. Ten rząd nie ustrzegł się błędów poprzedników i stracił dwa lata na kolejne odkrywanie Ameryki.

Jakże inaczej bowiem nazwać przygotowany właśnie "Program budowy dróg krajowych na lata 2007- -2015"? Owszem, rok ubiegły był rekordowy jak na polskie warunki, gdyż wzbogaciliśmy się o ponad 180 km autostrad, ale udział obecnego rządu w tych inwestycjach sprowadził się jedynie do przecięcia wstęgi. Rząd nie potrafi się zdecydować co do modelu budowy dróg w Polsce i wielkości zaangażowania kapitału prywatnego. Dlatego od dwóch lat nic się nie dzieje z rozpoczętymi przez poprzedników przetargami na budowę odcinka autostrady A2 ze Strykowa pod Łodzią do Warszawy i A1 z tegoż Strykowa do śląskich Pyrzowic. Na dodatek zamarły rozmowy z Autostradą Wielkopolską SA na dociągnięcie do granicy z Niemcami w Świecku końcówki A2, zaś firmie GTC wygaszono koncesję na odcinek A1 Nowe Marzy - Toruń, czego następstwem będzie wieloletni spór sądowy i ryzyko zablokowania inwestycji. O autostradzie A1 łączącej północ Polski z południem w 2010 r. możemy zapomnieć, zwłaszcza że nie na całym jej przebiegu są wydane decyzje lokalizacyjne czy wykupione grunty. Na dodatek program nie domyka się finansowo. Spośród potrzebnych 164 mld zł za pewne można uznać bowiem jedynie środki unijne, wpływy z opłaty i akcyzy paliwowej. Kredyty i tzw. rezerwa integracyjna to wielka niewiadoma. Twierdzenie, że da się wybudować kilometr autostrady za 5,5 mln euro, podczas gdy najtańsza oferta na budowę ekspresówki S3 to ponad 6,3 mln euro, mówi samo za siebie. Niedoszacowanie kosztów może sięgnąć nawet 45 mld zł.

Inwestorzy powtarzają, że konieczne są zmiany w ponad 20 nieżyciowych ustawach, na czele stawiając regulacje z zakresu zamówień publicznych, zagospodarowania przestrzennego i ochrony środowiska, dzięki którym do momentu wbicia łopaty mija czasami dziesięć lat. Wydłużono jedynie i rozszerzono zakres tzw. spec ustawy, ułatwiając kwestie związane z wywłaszczaniem odszkodowaniem za nie. Kompletny bałagan panuje w Programie Natura 2000. Brak wiedzy, co chronimy i na jakim obszarze, skutkuje groźbą zablokowania inwestycji drogowych w ponad 300, a kolejowych w 100 miejscach. Pożegnaliśmy się już choćby z200 mln euro na dofinansowanie linii kolejowej pomiędzy Wrocławiem a Rawiczem.

Na plus w drogownictwie zasługują na pewno coroczne remonty dróg krajowych, dzięki którym stan ponad połowy z nich można określić jako dobry. 2 tys. km nowych nawierzchni w2006r. i prawie tyle samo w roku bieżącym to dobry rezultat. Istnieje jednak obawa o Krajowy Fundusz Drogowy, z którego program jest realizowany i przy którym nieustannie grzebie minister Gilowska, przesuwając z niego do rezerwy budżetowej w tym roku ponad 3 mld zł.

Na kolei po dwóch latach przepychanek udało się rządowi przyjąć "Strategię dla transportu kolejowego do 2013 roku". I choć jest to dokument zajmujący się jedynie PKP, a pomijający prywatny rynek kolejowy i odkładający proces prywatyzacji, która wydaje się jedynym ratunkiem choćby dla tracącego rynek i zmagającego się z brakiem środków na tabor PKP Cargo, rozwiązuje ważną kwestię oddłużenia przewozów regionalnych i ich usamorządowienia. Niestety, zamarły negocjacje z samorządowcami dotyczące szczegółów reformy i możliwości wsparcia ze strony państwa procesu wymiany zdezelowanego taboru pasażerskiego i remontów regionalnych linii kolejowych. Potrzeby szacuje się na co najmniej 10 mld zł, a sama pomoc ze środków unijnych nie załatwi problemu. Rok zajmie ponadto zapewne uzyskanie zgody Komisji Europejskiej na spłatę przez państwo zadłużenia PKP Przewozy Regionalne, w większości powstałego na skutek niewywiązania się budżetu krajowego ze zobowiązań finansowych wobec kolei. Ze zgodą mogą być jednak problemy, bo równocześnie wpłynie wniosek o wszczęcie postępowania przeciwko Polsce w związku z naruszeniem zasad swobody działalności gospodarczej i utrudnieniem dostępu do infrastruktury kolejowej dla prywatnych operatorów kolejowych. Niezależni przewoźnicy towarowi to, patrząc na nasz rynek kolejowy, jeden z niewielu powodów do dumy. Osiągnąwszy w ubiegłym roku 17 proc. rynku, pozwolili Polsce stanąć w czołówce państw europejskich pod względem liberalizacji przewozów towarowych. Tymczasem bezprawnym działaniom PKP Cargo polegającym na blokowaniu dostępu do infrastruktury kolejowej w portach morskich oraz uniemożliwianiu przekraczania granic z krajami byłego ZSRR przygląda się biernie - dając tym samym ciche przyzwolenie na takie praktyki -zarówno resort transportu, jak i Urząd Transportu Kolejowego, który nie wypełnia swojej roli niezależnego regulatora rynku.

Drgnęły inwestycje w infrastrukturze kolejowej, choć i one stykają się, podobnie jak drogi, z problemami wynikającymi z wadliwych ustaw wydłużających i komplikujących okres przygotowania inwestycji. Jednak między bajki należy włożyć informacje o szybkim zaistnieniu w Polsce kolei dużych prędkości i podróżami pociągami TGV za dwa-trzy lata. Nie ma na to środków, podobnie jak na bieżące utrzymanie sieci kolejowej. Dlatego w ponad 6,5 tys. miejsc pociągi muszą zwalniać do 20- -40 km na godz., żeby się nie wykoleić. Pomysłu na rozwiązanie tego problemu brak.

Jesteśmy świadkami niebywałego boomu w lotnictwie przejawiającego się w przyroście pasażerów sięgającym przeszło 30 proc. rocznie. Zawdzięczamy to wprowadzeniu z chwilą wejścia do Unii zasady "otwartego nieba", którą w znakomity sposób wykorzystują przewoźnicy niskokosztowi oraz rozkwitające porty regionalne. Rząd natomiast przez półtora roku mieszał w kierownictwie LOT, co nie pozwoliło na stworzenie wiarygodnej strategii działania i rozpoczęcie walki o odzyskiwanie rynku. Przyjęto dość ogólnikowy "Program rozwoju sieci lotnisk", który stwierdzając, skądinąd słusznie, że budować nowe porty należy tam, gdzie jest już jakaś infrastruktura lotniskowa, nie umożliwia rządowi zawczasu zablokowania chybionych inwestycji, jak np. pomysłu na międzynarodowe lotnisko w Obicach pod Kielcami powierzchnią ustępujące nieznacznie lotnisku w Dallas obsługującemu rocznie grubo ponad 60 mln pasażerów. Nie ma wciąż pakietu ułatwień wprawie lotniczym liberalizujących zakładanie i prowadzenie działalności lotniczej. Nie przerwano monopolu na dostawę paliwa lotniczego. Nie uporządkowano problemów związanych z obecnością wojska na niektórych lotniskach zbędnych z punktu widzenia obronności. Bez przekazania ziemi samorządom na własność niemożliwe będzie wykorzystanie finansowego wsparcia UE. Po wielu latach wydzielono wreszcie w osobny organ Polską Agencję Żeglugi Powietrznej, nie zdecydowano jednak, jaki jest sens dalszego utrzymywania Przedsiębiorstwa Państwowego Porty Lotnicze centralizującego zarządzanie większością lotnisk w Polsce i dbającego tak naprawdę o rozwój najbardziej dla niego dochodowego portu Okęcie wWarszawie.

Adrian Furgalski
Gazeta Wyborcza
08-08-2007