wtorek, 4 września 2007

Walka o głosy uderzy w bogatych

Zdaniem ekspertów, zamieszanie wokół Krauzego niczego dobrego przedsiębiorcom nie wróży. Nastroje w środowisku są fatalne. Eksperci nie mają wątpliwości: PiS rozpoczęło kampanię wyborczą wymierzoną przeciwko bogatym.

Wydarzenia wokół Ryszarda Krauzego i tzw. afery gruntowej zaniepokoiły biznes. Pojawił się nawet strach.
- Przedsiębiorcy mogą czuć się zagrożeni. Zwłaszcza w regionach sytuacja nie wygląda wcale lepiej niż ta, którą obserwujemy na scenie ogólnopolskiej. Liczba zatrzymań na podstawie pomówień wzrosła ostatnio kilkakrotnie. Nastroje w środowisku są fatalne. Przedsiębiorcy boją się posądzeń o korupcję, malwersacje. Wysiłek 17 lat działań Business Centre Club, by zachęcać do prowadzenia legalnego biznesu w Polsce, jest w tym momencie zagrożony. Nie mówiąc o inwestorach zagranicznych - ci, widząc, jak na podstawie pomówienia chce się zatrzymać Ryszarda Krauzego, pytają: po co mamy tu przychodzić? - uważa Marek Goliszewski, prezes Business Centre Club .

Andrzej Malinowski, prezydent Konfederacji Pracodawców Polskich (KPP), uważa, że zamieszanie z zatrzymaniami i sposób działania służb wpisują się w kampanię wyborczą.
- Politycy, którzy nie mają czego zaoferować społeczeństwu, szukają wroga wewnętrznego. Kiedyś nazywany był cinkciarzem, badylarzem, dziś są to przedsiębiorcy i biznes. Politycy zapominają, że przedsiębiorcy, którzy dzięki talentowi i pracy odnieśli sukces, to także pracodawcy, którzy płacą podatki i często prowadzą międzynarodowe interesy. Nie można tego wykorzystywać do celów politycznych - uważa Andrzej Malinowski.


Polowanie na "cóśdaka"

Ekonomista prof. Jan Winiecki ma nadzieję, że wyborcy odsuną PiS od władzy.
- Te skandalizujące wydarzenia wpisują się w całokształt podejścia władzy do biznesu. Władza nie wie, skąd bierze się bogactwo, bo ci ludzie nigdy nie osiągnęli sukcesu. Uważają, że sukces jest następstwem nieuczciwości - mówi Jan Winiecki.

Według niego, działania PiS obliczone są na zdobycie prostego elektoratu.
- To "cóśdacy", czyli ci, którzy chcą, by "cóś" im dać. A skoro PiS nie może dać chleba, daje igrzyska. I to jest ich strategia wyborcza. Bo co może pomyśleć "cóśdak"? Myśli: dobrze, że chcą zatrzymać Krauzego, bo on może sobie ustawiać piramidy z piwa, a mnie brakuje na trzecie. Polityka PiS nastawiona jest na zdobycie głosów tych ludzi, których w społeczeństwach takich jak nasze, jest około 30 proc. - uważa prof. Winiecki.

I to wyraźnie słychać w słowach prezydenta Kaczyńskiego.
- Trzeba przeciwstawić się planowi budowy Rzeczypospolitej dla bogaczy, skonstruowanej w ten sposób, aby przewagę mieli ci, którzy mają pieniądze i tylko oni decydowali o państwie - grzmiał w Lubinie.

I dodawał, że w wyborach biedny i bogaty mają po jednym głosie.

Psy szczekają

Według psycholog dr Katarzyny Korpolewskiej, obecna sytuacja powoduje, że część przedsiębiorców może zacząć działać z mniejszym rozmachem.
- Niektórzy mogą się stąd wynieść tam, gdzie otoczenie okołobiznesowe jest stabilniejsze - uważa Katarzyna Korpolewska.

Jej zdaniem, sytuacja, w której chce się zatrzymać odnoszącego sukcesy biznesmena z niewyjaśnionych do końca przyczyn, jest dziwna i może działać zniechęcająco także na tych, którzy mają małe firmy lub dopiero myślą o prowadzeniu działalności gospodarczej.
- Sprawa Ryszarda Krauzego to sygnał, że lepiej się nie wychylać, bo można być o coś posądzonym - uważa psycholog.

Szefowie organizacji pracodawców nie boją się, że do ich drzwi zapukają służby.
- Zapraszam pana Kamińskiego, zapraszam CBA, CBŚ, niech przyjdą, sprawdzą. Jesteśmy czyści i będziemy występować w obronie ludzi, których później sądy najczęściej uznają za niewinnych. Dopóki nie ma wyroku, będziemy ich bronić - zapewnia prezes BCC.

Zdaniem prezydenta KPP, przedsiębiorcy sami sobie poradzą. I to na miejscu, w Polsce.
- Trzeba robić swoje i walczyć o najlepsze warunki dla prowadzenia biznesu - uważa Andrzej Malinowski.

Marek Goliszewski radzi przedsiębiorcom, by się nie bali, bo gospodarka potoczy się swoim torem.
- Psy szczekają, a karawana musi iść dalej. Jeśli przedsiębiorcy doświadczają przypadków łamania prawa - niech się do nas zgłoszą. Będziemy starali się im pomóc - zapewnia Marek Goliszewski.

Bartosz Krzyżaniak
Puls Biznesu
03-09-2007

Stracił pracę za odmowę poddania się lustracji - walczy w sądzie

Pracownik dydaktyczny Politechniki Częstochowskiej wytoczył jej proces za zwolnienie go z pracy po tym, jak odmówił złożenia oświadczenia lustracyjnego. Żąda przywrócenia do pracy i zaległego wynagrodzenia. Częstochowski sąd odroczył w poniedziałek proces do 10 października.

Starszy wykładowca Alfred Egeman to prawdopodobnie jedyna osoba, która straciła pracę po odmowie złożenia oświadczenia lustracyjnego. W kwietniu tego roku rektor Politechniki Częstochowskiej poinformował go o "utracie pełnionej funkcji" - na mocy nowej ustawy lustracyjnej. Egemana obejmował wówczas obowiązek złożenia oświadczenia lustracyjnego.

W maju Trybunał Konstytucyjny uchylił wiele przepisów nowej lustracji, m.in. wyłączył spod niej szeregowych naukowców. Wtedy Egeman wniósł pozew do częstochowskiego Sądu Rejonowego o przywrócenie do pracy i wynagrodzenie za czas pozostawania bez pracy. Politechnika w odpowiedzi na pozew - wnosząc o jego oddalenie - napisała, że wykonała tylko swój ustawowy obowiązek.

W poniedziałek sąd odroczył sprawę z powodów formalnych.

Helsińska Fundacja Praw Człowieka przyłączyła się do sprawy jako przedstawiciel społeczny. Mikołaj Pietrzak z tej fundacji powiedział PAP, że złożyła ona wniosek by do udziału w postępowaniu sąd wezwał Skarb Państwa. "Jeśli Politechnika w wyniku wyroku sądu miałaby zapłacić powodowi, to mogłaby potem dochodzić zwrotu tej kwoty od państwa" - oświadczył prawnik.

Dodał, że prawo nie przewiduje żadnych specjalnych instrumentów "usunięcia skutków, które nastąpiły z mocy prawa, na podstawie przepisów, które następnie uznane zostały za niekonstytucyjne". "Sąd będzie musiał zatem interpretować przepisy w kontekście wyroku TK" - dodał. Zapowiedział, że w przypadku przegranej przed polskimi sądami, sprawa na pewno trafi do Trybunału w Strasburgu.

Według Pietrzaka, pracodawcy generalnie nie decydowali się na wyrzucanie z pracy osób, które odmówiły złożenia oświadczenia lustracyjnego - czekając na wyrok TK.

"Gazeta Wyborcza" pisała, że po 30 latach pracy w Studium Wychowania Fizycznego Politechniki Egeman miał we wrześniu odejść na emeryturę, ale "padł ofiarą ustawy lustracyjnej". Nie należy mu się nawet odprawa emerytalna, bo został zwolniony dyscyplinarnie - pisała "GW".

cheko, PAP
Gazeta.pl
03-09-2007

TVP obstaje przy dzielonych programach, KRRiT zapowiada karę

Telewizja Polska SA - mimo ostrzeżeń Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji - nie zrezygnuje z emitowania programów rozrywkowych w częściach, podzielonych przerwami reklamowymi.

- Działamy zgodnie z prawem i nie będziemy niczego zmieniać - mówi członek zarządu TVP Robert Rynkun-Werner. W czwartek Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji wydała stanowisko potępiające zamiar telewizji publicznej emitowania audycji w częściach oddzielonych reklamami. Chodzi o programy rozrywkowe z nowej ramówki: "Przebojową noc" (TVP 1) i "Gwiazdy tańczą na lodzie" (TVP 2). Przewodnicząca KRRiT Elżbieta Kruk powiedziała nam, że jeśli TVP zrealizuje ten plan, regulator nałoży karę finansową (nadawcy publicznemu nie wolno przerywać audycji w celu nadania reklam).

RUT
Press
03-09-2007

Bierny, mierny, ale wierny nie sprawdził się w PZU

Ujawnione przez prokuraturę nagrania z podsłuchów w sprawie przecieku w aferze gruntowej dobitnie świadczą o porażce PiS w polityce kadrowej w spółkach skarbu państwa


- PZU to dość istotna spółka. Nie chciałem robić konkursu piękności, tylko wybrałem człowieka, do którego mam zaufanie - tak w lipcu 2006 r. minister skarbu Wojciech Jasiński tłumaczył nominację Jaromira Netzla.

W PiS nie jest tajemnicą, że bracia Kaczyńscy podzielili między siebie strefy wpływów w spółkach skarbu państwa. Prezydent obsadza kluczowe stanowiska w PKO BP, PZU i PKN Orlen, szefów reszty spółek rekomenduje premier. Prezesem PKO BP był zaufany człowiek Lecha Kaczyńskiego Sławomir Skrzypek (dziś prezes NBP), szefem rady nadzorczej PKO BP został Marek Głuchowski, prawnik z sopockiej kancelarii zaprzyjaźnionej z Lechem Kaczyńskim. Po odwołaniu prezesa PKO BP Andrzeja Podsiadły Głuchowski był nawet p.o. prezesa banku. Jeśli wierzyć Januszowi Kaczmarkowi, to w mieszkaniu jednego z partnerów z kancelarii Głuchowskiego Kaczmarek miał się spotkać z Lechem Kaczyńskim i Ryszardem Krauzem.

Aby zarządzać spółkami skarbu państwa pod rządami PiS, trzeba mieć zaufanie Kaczyńskich i być spoza "układu". Jarosław Kaczyński zdefiniował go jako czworokąt służb specjalnych, polityki, biznesu i mediów. Zaufania Kaczyńskich nie miał Igor Chalupec, w świecie biznesu uznawany za sprawnego menedżera. Stracił stanowisko prezesa Orlenu na rzecz Piotra Kownackiego, dawnego podwładnego prezydenta Kaczyńskiego z NIK. Za bardzo w "układzie" był poprzedni szef PZU Cezary Stypułkowski. Netzel miał być spoza układu. Choć nie miał doświadczenia w ubezpieczeniach, to jemu minister skarbu powierzył zarządzanie największą firmą ubezpieczeniową w tej części Europy. Gdy szef Komisji Nadzoru Finansowego Stanisław Kluza zagłosował przeciwko Netzlowi (szefa PZU musi zatwierdzić KNF), tłumacząc, że nie ma kompetencji, PiS uznało to za zdradę. Politykom nie mieściło się w głowach, że Kluza może głosować wbrew partii, która dała mu stanowisko.

Ujawnione w piątek nagrania rozmów Janusza Kaczmarka, Konrada Kornatowskiego i Jaromira Netzla pokazują, że stosowana przez PiS polityka kadrowa według zasady "BMW" - bierny, mierny, ale wierny (tego określenia używał o. Tadeusz Rydzyk w swojej szkole podczas wykładów ujawnionych przez "Wprost") ma krótkie nogi.

Netzel zawiódł zaufanie PiS. Przyznał to nawet premier. - Jeżeli chodzi o pana Netzla, to on energicznie bronił polskiego interesu narodowego w PZU - mówił wczoraj w TVN w programie "Kawa na ławę" Jarosław Kaczyński. - No, tylko dał się namówić na coś zupełnie fatalnego, to znaczy na te zeznania, no, to dawanie alibi, to jest sprawa pierwsza. I te dwie rzeczy trzeba od siebie rozdzielić.

Rok temu, gdy media rozpisywały się o niejasnych związkach Netzla z firmą Drob-kartel, której szefów oskarżono o pranie brudnych pieniędzy, politycy PiS zaciekle bronili szefa PZU. - Nic konkretnego nie zostało stwierdzone. A jeżeli to nieprawda, to komu tak strasznie zależy na tym, by natychmiast nastąpiła zmiana w PZU? Myślę, że mamy do czynienia z walką potężnych interesów - mówił prezydent Kaczyński.

Netzla miał rekomendować prezydentowi Marek Głuchowski. Mecenas przyznaje, że obaj dobrze się znają. - Kim ja jestem, żeby prezydentowi polecać czyjąś kandydaturę? - Głuchowski nie chce wprost odpowiedzieć, czy polecał kolegę prawnika.

Po postawieniu przez prokuratora Netzlowi zarzutów minister skarbu odwołał go ze stanowiska. Trwa poszukiwanie następcy. Dziś w zarządzie PZU jest tylko jedna osoba. Żeby podejmować decyzje, zarząd musi liczyć co najmniej dwóch członków.

Poszukiwanie prezesa w PKO BP zajęło radzie nadzorczej osiem miesięcy. Prezesem PKO BP miał zostać Kazimierz Marcinkiewicz, b. premier z PiS. Gdy media zarzuciły mu brak kompetencji, a PiS - obsadzanie spółek swoimi, premier Kaczyński wysłał Marcinkiewicza do EBOiR.

PiS nie będzie łatwo znaleźć kogoś zaufanego na miejsce Netzla. Wśród kandydatów politycy tej partii wymieniają wiceministra skarbu Pawła Szałamachę. Ale stanowisko w resorcie skarbu zaproponował mu Kazimierz Marcinkiewicz, który ostatnio popadł w niełaskę PiS. Zresztą Szałamacha twierdzi, że do PZU się nie wybiera. - Powinienem pozostać w Ministerstwie Skarbu, żeby zakończyć sprawę sporu z mniejszościowym akcjonariuszem, firmą Eureko - powiedział nam wczoraj.

Na giełdzie kandydatów krąży też nazwisko Rafała Antczaka, głównego ekonomisty PZU. Ale i on może się okazać niewystarczająco "swój", bo tworzył program gospodarczy PO w kampanii w 2005 r.

Najlepiej by było, gdyby minister skarbu, który wyznacza prezesa PZU, ogłosił konkurs na to stanowisko. Byłby przynajmniej cień szansy, że ktoś weźmie pod uwagę kompetencje.

Renata Grochal
Gazeta Wyborcza
02-09-2007

Co miał na myśli Ziobro? Czy groził opozycji?

Przyjdzie czas na ujawnienie kolejnych dowodów, które będą mówiły o panu Donaldzie Tusku, o panu Olejniczaku, o panu Giertychu i o panu Lepperze - mówił w sobotę Zbigniew Ziobro. W niedzielę tłumaczył, że został źle zrozumiany. Chodziło mu tylko o to, że te fakty będą źle świadczyć o wymienionych politykach.


Słowa ministra Ziobry w sobotę (dosłowny zapis)

"Przyjdzie czas na ujawnienie kolejnych faktów i dowodów. Myślę, że będą one robić nie mniejsze wrażenie niż te, które ujrzeliście państwo wczoraj. I będą mówić przede wszystkim nie tyle o panu Januszu Kaczmarku i o jego wspólnikach w przestępstwie, ale będą mówić o panu Donaldu Tusku, o panu Olejniczaku, o panu Giertychu, o panu Lepperze. Będziemy widzieć jaka jest w Polsce prawda ponieważ fakty, a nie opinie i nie słowa, będą świadczyć o ludziach i o tych, którzy na tych faktach i na tych słowach swoje działania, swoje oceny i swoje opinie opierają."

...i w niedzielę (dosłowny zapis)

"Te twarde dowody, nie tyle obnażają niewiarygodność pana Janusza Kaczmarka, bo w moim przekonaniu tej wiarygodności już od dawna nie było, ale one obnażają brak wiarygodności, tej części klasy politycznej, sceny politycznej, którzy na Januszu Kaczmarku opierali całe swoje działanie, niezwykle agresywną aktywność wymierzoną właśnie w działania przede wszystkim prokuratury, w działania organów ścigania, w działania tego rządu." Wypowiedź ministra

Minister mówił to samo w sobotę i w niedzielę, czy niezupełnie?

met
Gazeta.pl
02-09-2007