czwartek, 30 sierpnia 2007

Państwo spłaci mieszkaniowe długi za lokatorów?

Posłowie chcą całkowicie oddłużyć prawie 120 tys. rodzin spłacających tzw. stare kredyty spółdzielcze. Kosztowałoby to przyszłoroczny budżet nawet 2 mld zł!


Jeszcze miesiąc temu mało kto poważnie traktował inicjatywę Senatu w tej sprawie. Eksperci sejmowi nie pozostawili bowiem suchej nitki na projekcie ustawy, którego głównym autorem jest prof. KUL Adam Biela (Senatorski Klub Narodowy), za rządów AWS gorący orędownik powszechnego uwłaszczenia. Zapowiedź wcześniejszych wyborów spowodowała, że projekt Bieli ma spore szanse na uchwalenie. Zielone światło dała posłom... wicepremier i minister finansów Zyta Gilowska. Niedawno dziennik "Fakt" chwalił się, że ma zapewnienie Gilowskiej, iż ta zrobi wszystko, by państwo spłaciło za lokatorów wszystkie należności.

Chodzi o blisko 120 tys. rodzin, które w latach 90. wpadły w pułapkę zadłużenia, gdy drastycznie wzrosło oprocentowanie kredytów budowlanych zaciągniętych przez spółdzielnie w bankach, głównie PKO BP. W efekcie zadłużenie niejednokrotnie przewyższyło wartość mieszkań. Państwo częściowo je oddłużyło, ale i tak do spłaty pozostały niemałe kwoty. Lokatorzy spłacają to zadłużenie według tzw. normatywu (obecnie 2,71 zł za m kw. mieszkania miesięcznie). Niespłacone odsetki wykupuje od banku budżet państwa. Chcąc szybciej pozbyć się długu, można skorzystać z mechanizmów oddłużeniowych, np. spłata należności wobec banku i 30 proc. wykupionych przez państwo odsetek jest premiowana umorzeniem reszty. Ponadto ci, którzy przez 20 lat, licząc od stycznia 1998 r., regularnie spłacają kredyt, mają mieć umorzone wszystkie odsetki, zarówno bankowe, jak i budżetowe.

Projekt Bieli zakłada, że umorzenie nastąpi już po dziesięciu latach, a obejmie nie tylko odsetki, ale także... kredyt! Resort budownictwa i PKO BP oceniają, że 30 grudnia 2007 r. skorzystałoby z tego 85-90 proc. lokatorów (pozostali w następnych latach). Budżet musiałby w 2008 r. oddać bankowi ok. 2 mld zł. Lokatorom pozostało bowiem do spłacenia łącznie przeszło 2,3 mld zł, z czego 784 mln to kapitał, a reszta skapitalizowane odsetki. Równocześnie budżet zrezygnowałby z odzyskania chociaż części z przeszło 7,3 mld zł odsetek, które są mu winni spółdzielcy.

Co na to rząd? "Nie kwestionując merytorycznej treści i społecznie korzystnej przedmiotowej inicjatywy Senatu, rząd aktualnie nie dostrzega w budżecie państwa możliwości finansowania, począwszy już od 2008 r., proponowanych w senackim projekcie zmian" - czytamy w stanowisku rządu sprzed roku. Obecne poznamy najpewniej w najbliższy wtorek.

Na wniosek posłanki Aldony Młyńczak (PO) sejmowa komisja infrastruktury zażądała od resortu finansów wyliczenia skutków budżetowych projektu Bieli. Popierający go Grzegorz Tobiszowski (PiS) zwrócił uwagę, że nieoddłużenie spółdzielców też kosztuje budżet, bo musi on co roku przeznaczać na wykup odsetek miliony złotych (w tym roku prawdopodobnie ok. 140 mln zł). Ale Tobiszowski nie dodał, że równocześnie spłaty zasilają budżet (w tym roku ok. 120 mln zł). A ponieważ co roku kilka tysięcy spółdzielców decyduje się na szybszą spłatę, maleją budżetowe wydatki, a rosną wpływy. W PKO BP szacują, że najpewniej za dwa, trzy lata się zrównają, a potem te drugie będą większe.

- Sądzę, że mój klub zgodzi się na umorzenie odsetek, ale nie kredytu - mówi Lidia Staroń z PO.

Dodajmy jednak, że sejmowi eksperci zarzucają projektowi Bieli niezgodność z konstytucją. "Proponowane rozwiązanie należy uznać za niezgodne z zasadą równości oraz zasadą sprawiedliwości społecznej" - uważa dr Sylwia Jarosz-Żukowska z Uniwersytetu Wrocławskiego. Jej zdaniem umorzenie kredytu na koszt państwa oznacza obciążenie spłatą wszystkich podatników.

Marek Wielgo
Gazeta Wyborcza
30-08-2007

Niezawisłość sędziów ograniczona

Sędziego można będzie przenieść do innej miejscowości bez jego zgody. Minister sprawiedliwości może powierzać obowiązki prezesa sądu swojemu kandydatowi. Sąd dyscyplinarny będzie mógł uchylić immunitet sędziemu w ciągu 24 godzin.

Jutro wchodzi w życie nowelizacja ustawy - Prawo o ustroju sądów powszechnych (Dz.U. z 2007 r. nr 136, poz. 959), która wprowadza wiele kontrowersyjnych rozwiązań. Prawnicy alarmują, że zmiany obniżą standard niezawisłości sędziowskiej i spowodują, że sądownictwo będzie ręcznie sterowane przez ministra sprawiedliwości. Krajowa Rada Sądownictwa zapowiedziała, że złoży w tej sprawie skargę do Trybunału Konstytucyjnego.

Prezesa sądu wyznaczy minister

Trybunał Konstytucyjny wypowiedział się już w kwestii odwoływania i powoływania prezesów sądów. Stwierdził, że ingerencja władzy wykonawczej we władzę sądowniczą powinna być zgodna z art. 10 konstytucji. Aby była możliwość równoważenia władzy, to przy powoływaniu i odwoływaniu prezesów sądów przez ministra sprawiedliwości konieczne jest przynajmniej wydawanie wiążącej opinii przez sędziów bądź przez niezależny organ, jakim jest Krajowa Rada Sądownictwa. Ustawodawca, nie chcąc narażać się na zarzut niekonstytucyjności przyjętego rozwiązania wprowadził przepis mówiący, że minister sprawiedliwości, zamiast powoływać, może powierzyć sędziemu obowiązki prezesa sądu. Nie musi wówczas uzyskiwać na to zgody ani zgromadzenia sędziów, ani KRS.

- Zamysł tej zmiany jest w istocie taki, żeby obejść wymóg konstytucyjny - mówi sędzia Stanisław Dąbrowski, przewodniczący Krajowej Rady Sądownictwa.

Będzie to prowadzić do tego, że jeśli ministrowi nie uda się powołać swojego kandydata na prezesa, to prezes sądu nie zostanie powołany, a minister sprawiedliwości powierzy swojemu kandydatowi pełnienie obowiązków prezesa.

Delegacje sędziów bez ich zgody

Kolejną zmianą, która może doprowadzić do obniżenia standardu niezawisłości sędziowskiej, jest nadanie ministrowi sprawiedliwości uprawnienia do delegowania sędziów bez ich zgody na orzekanie w innych sądach niż macierzysty.

- Taka możliwość łączy się z ogromnymi konsekwencjami, albowiem perspektywa przeniesienia sędziego w każdym momencie do innego sądu istotnie umniejsza jego poczucie niezawisłości i swobody orzekania - twierdzi prof. Leszek Kubicki.

Sędziowie podkreślają, że gwarancja nieprzenoszalności sędziego nie jest ich osobistym przywilejem, a stanowi dobro społeczeństwa demokratycznego.

- Obywatel musi wiedzieć, że na osobę, która ma go sądzić, nie ma żadnych nacisków - zauważa sędzia Waldemar Żurek, rzecznik Stowarzyszenia Sędziów w Polsce Iustitia.

A należy zauważyć, że takie rozwiązanie może stanowić potencjalne narzędzie nacisku politycznego.

- Możliwość przenoszenia sędziów bez ich zgody oczywiście może być wykorzystywana w sposób skandaliczny, dla realizacji niewłaściwych celów politycznych czy też represjonowania niewygodnego sędziego - zauważa Włodzimierz Wróbel, profesor z Polskiej Akademii Nauk.

Ministerstwo Sprawiedliwości odpiera zarzuty i wskazuje, że taki przepis obowiązywał od wielu lat.

- Skoro analogiczne rozwiązanie funkcjonowało już długo i nie było wykorzystywane jako narzędzie nacisku na sędziów, to w ocenie ministerstwa obecnie również nie ma takiego zagrożenia - argumentuje Piotr Matczuk z Biura Prasowego Ministerstwa Sprawiedliwości.

Uwłaczające sądy 24-godzinne

Znowelizowane prawo u ustroju sądów powszechnych wprowadza także sądy dyscyplinarne, które będą mieć 24 godziny od chwili wpłynięcia wniosku na uchylenie sędziemu immunitetu.

Prawnicy uważają, że to rozwiązanie nie będzie stanowić zagrożenia dla niezawisłości sędziów, jednak zgodnie podkreślają, że celem wprowadzenia tej zmiany jest zastraszenie oraz zdyskredytowanie sędziów.

- Sama nazwa tych sądów nawiązująca do sądów 24-godzinnych dla chuliganów, zawiera pewną obrazę dla sędziów i godzi w ich autorytet - zauważa sędzia Dąbrowski.

- Można mieć odczucie, że traktuje się sędziów gorzej niż chuliganów stadionowych - dodaje sędzia Żurek.

Jednocześnie sędziowie podkreślają, że ta zmiana jest niekonstytucyjna, ponieważ nie daje sędziom odpowiednich gwarancji w postępowaniu dyscyplinarnym. Prokurator może bowiem zastrzec, że sędzia, który ma mieć uchylony immunitet, nie będzie miał dostępu do akt, a sąd będzie związany zastrzeżeniem prokuratora. Już ten przepis przeczy prawu do obrony. Sąd może zawiadomić sędziego, ale jego uczestnictwo w rozprawie nie będzie obowiązkowe.

- Trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, po co jest immunitet - mówi prof. Włodzimierz Wróbel.

- Jeżeli on już jest i ma swoje konstytucyjne podstawy, to w takim razie rozstrzyganie o tym, czy immunitet ma być uchylony czy nie, musi być przeprowadzone w cywilizowany sposób - dodaje.

Ministerstwo Sprawiedliwości odpiera jednak zarzuty, argumentując, że orzecznictwem w zakresie zezwolenia na pociągnięcie sędziego do odpowiedzialności karnej zajmować się będą nadal niezawiśli sędziowie.

- Zdecydowane postępowanie immunitetowe ma na celu jedynie usprawnienie i przyspieszenie uchylania tych immunitetów - tłumaczy Piotr Matczuk.

Prawnicy jednak podkreślają, że zmiany dokonane w prawie o ustroju sądów powszechnych są niezgodne z konstytucją i Trybunał Konstytucyjny z pewnością je uchyli.

Szersza perspektywa

W wielu krajach europejskich sędziowie nie mają immunitetu prawnokarnego. Do krajów tych należą: Belgia, Finlandia, Francja, Niemcy, Szwecja, Szwajcaria, Austria, Wielka Brytania. We Francji natomiast sędziowie posiadają tylko immunitet cywilny - sędzia nie może być pozywany do sądu w związku z wykonywaną funkcją. Warto jednak podkreślić, że w Belgii i Francji zarzutów nie stawia sędziom prokurator, tylko niezawisły sędzia śledczy, na którego politycy nie mają wpływu.


Małgorzata Ostrzyżek
Gazeta Prawna
30-08-2007

MEN: Podręczniki? Mało ważne

Wiceminister edukacji kpi z nauczycieli: skoro uczniowie potrafią samodzielnie szukać informacji poza podręcznikami, wy też sobie poradzicie.


Wczoraj napisaliśmy: nowy minister edukacji Ryszard Legutko tydzień przez początkiem roku szkolnego zmienił programy z matematyki i polskiego. W ten sposób podręczniki do tych przedmiotów stały się nieaktualne. Np. twierdzenie Talesa ma być uczone teraz w gimnazjum, a jest w książkach licealnych. Nowych podręczników nikt nie zdąży już opracować i wydać, a nawet jeśli by się udało, uczniowie i tak nie mogliby ich kupić. Bo uchwalona przez PiS, LPR i Samoobronę ustawa zabrania zmieniać wybrane w tym roku książki przez trzy lata.

Nowy wiceminister edukacji Andrzej Waśko komentował wczoraj w TVN 24 m.in. że: "Matematyk zna twierdzenie Talesa, nie musi go sobie przypominać z podręcznika". A poloniści nie powinni wpadać w popłoch z powodu książki Zofii Kossak-Szczuckiej, jeśli ją czytali (została dopisana do lektur licealnych jako jedna z 10 nowych pozycji. Ich omówień nie ma w podręcznikach).

Waśko mówił też: "Podręczniki nie są jedynymi pomocami naukowymi, istnieją jeszcze zeszyty ćwiczeń czy słowniki, istnieje internet". I zakończył: "Założenie reformy oświaty było takie, żeby uczniowie w szkole nabywali umiejętność samodzielnego pozyskiwania informacji. Tym bardziej muszą sobie radzić z taką sytuacją nauczyciele".

Rozmowa z Ireną Dzierzgowską, wiceminister edukacji w rządzie AWS-UW

Aleksandra Pezda: Po co nauczycielom podręczniki? Nowy wiceminister edukacji Andrzej Waśko twierdzi, że wystarczy im np. internet.

Irena Dzierzgowska: - Ta wypowiedź świadczy o nieznajomości oświaty. Pojedynczą lekcję nauczyciel może zaimprowizować. Żeby sensownie uczyć przez rok, musi się przygotować. Nie wystarczy, że zna materiał. Musi znać konkretny program porządkujący logicznie wiedzę. Podzielić go na godziny lekcyjne i obmyślić strategię: nie tylko czego, ale jak uczyć. Żeby dotrzeć do uczniów zdolnych i słabszych.

Nowa podstawa zmienia wszystko - całą dotychczasową logikę nauczania. Ogarnięcie tego wymaga ogromu pracy. Pamiętam, kiedy uczyłam w liceum medycznym i anatomia spadła z trzeciej klasy do drugiej. Moje uczennice skończyły drugą klasę bez tego przedmiotu i zaczęły trzecią też bez anatomii.

A dziś minister Waśko mówi nauczycielom: "Umiesz to, więc sobie poradzisz". To lekceważenie niekompetentnego urzędnika.

Pamiętam, że minister edukacji Mirosław Handke, z którym Pani pracowała, też zasłynął z wypowiedzi "nauczyciele udają, że pracują, my udajemy, że im płacimy". Nauczyciele poczuli się urażeni.

- Ale minister Handke chciał im przekazać dobrą wiadomość: chcemy dużo płacić za dobrą pracę. Niestety, wyraził to w niefortunny sposób i zepsuł tym na dobre klimat między ministerstwem a nauczycielami. A trzeba ludzi szanować. Wiceminister Waśko tego nie rozumie.

Z jakim wyprzedzeniem należy wprowadzać nowe programy szkolne?

- Dobry obyczaj karze ogłaszać akty prawne co najmniej 14 dni przed datą ich wejścia w życie, a nie jak MEN - tydzień przed początkiem roku szkolnego. Szkole potrzeba jeszcze więcej czasu: w przypadku programów nauczania powinno być co najmniej półroczne wyprzedzenie.

Aleksandra Pezda
Gazeta Wyborcza
30-08-2007

Brochwicz: Nie dopuszczono mnie do mojego klienta

Mec. Wojciech Brochwicz, reprezentujący zatrzymanego b. ministra SWiA Janusza Kaczmarka, nie został dopuszczony do swego klienta po tym, jak przewieziono go z ABW do prokuratury. Jego zdaniem, jest to "niesłychane pogwałcenie praw procesowych".


Brochwicz czeka w przedsionku prokuratury na możliwość udziału w czynnościach, które podejmuje wobec Kaczmarka warszawska prokuratura okręgowa.

- Nie mam pojęcia, na jakiej podstawie odmawia mi się wejścia na teren prokuratury i spotkania się z naszym klientem oraz reprezentowania go podczas czynności, które wykonuje. To jest niesłychane pogwałcenie praw procesowych - powiedział Brochwicz. Wyjaśnił, że gdy chciał spotkać się z klientem, kazano mu czekać.

asz, PAP
Gazeta.pl
30-08-2007

Premier o Jurku: Agent albo wariat

PRZEGLAD PRASY. Agentem i wariatem miał nazwać premier Marka Jurka, gdy ten zapowiedział, że rezygnuje z funkcji marszałka Sejmu, pisze "Życie Warszawy".


Gazeta - jako pierwsza - publikuje fragmenty dziennika byłego polityka PiS i marszałka Sejmu, Marka Jurka i zapowiada, że pełny tekst ukaże się w najnowszym numerze dwumiesięcznika "Christianitas".

Pierwszy fragment dotyczy 21 lutego br. Marek Jurek pisze: "Obawiam się, że dla Jarosława Kaczyńskiego sytuacją pożądaną byłoby, gdyby wyborcy katolicko-konserwatywni musieli głosować na niego, jednocześnie nie mając żadnego realnego wpływu na jego politykę. Na taki model partii - sprowadzenie nurtu katolicko- konserwatywnego do rzędu formacji posiłkowej".

Pod datą 13 kwietnia, były Marszałek Sejmu zapisał: "Przegraliśmy. Za zmianą konstytucji w art. 30 głosowało 60 proc. posłów. Wynik bardzo dobry, zaprzeczający sugestiom o skrajności projektu. Zanim do tego doszliśmy, miała miejsce awantura (...). Premier przyjechał na Klub i wygłosił kuriozalną mowę o tym, że jak posłowie będą się buntować, to zrobi wybory, a w partii, która zejdzie do poziomu 20 proc., skrajności są niepotrzebne".

"Beze mnie nawet byś posłem nie był'"

I następnego dnia: "Idąc na Radę Polityczną zostałem najpierw poproszony do Jarosława, który brutalnie zażądał aby w ogóle nie poruszać na Radzie sprawy ochrony życia. Przy okazji obrzucając mnie stekiem wyzwisk: 'agent albo wariat', 'tylko dzięki mnie jesteś marszałkiem, beze mnie nawet byś posłem nie był'. Na uwagę, że mi nie pozwala pierwszego zdania dokończyć - krzyk: ja tu jestem szefem".

Dwa dni później Marek Jurek powiedział premierowi, że odchodzi z PiS. "Jarosław odpowiedział, że biorę na siebie odpowiedzialność za przyspieszenie wyborów i dojście do władzy Platformy i komunistów".

Rzecznik rządu Jan Dziedziczak odmówił "Życiu Warszawy" komentarza w sprawie słów premiera, podaje gazeta.

mar, PAP
Gazeta.pl
30-08-2007