wtorek, 3 lipca 2007

Giertycha wychowanie do posłuszeństwa

Minister edukacji Roman Giertych wyłożył wczoraj w "Naszym Dzienniku" swoje credo. Uczniowie "powinni się szczegółowo dowiedzieć, na czym polega zabijanie dzieci nienarodzonych", i po to zmieni program biologii i wychowania do życia w rodzinie. Z lektur wypadnie ostatecznie Gombrowicz, bo minister nie chce książek bez "pozytywnego podejścia do wychowania". Zmienią się podręczniki do historii, bo niektóre są "tragiczne, np. gdy porównuje się chrzest Polski z wejściem Polski do UE". Mundurki są ważne dla ministra, bo "strój jednolity jest symbolem tych zmian, które w szkołach wprowadzimy". A "jeśli przebudujemy szkołę, za 20 lat będziemy mieli przebudowane społeczeństwo" - wieści Giertych.



Aleksandra Pezda: Minister Giertych twierdzi, że dziś polska szkoła "podchodzi do młodego człowieka bez wymagań", co jest "przyczyną rozpasania, wzrostu agresji, totalnego rozwydrzenia" itd.

Irena Dzierzgowska, b. wiceminister edukacji narodowej: Minister Giertych postrzega świat w czarno-białych kolorach. Sądzi, że człowiek jest z natury zły i nie wolno dać mu wolności, bo ją źle wykorzysta. Na nieszczęście pewnie też nie przeczytał żadnej porządnej książki o wychowaniu. Nie wie więc, że w pedagogice karci się zarówno postawę skrajnie permisywną - czyli "rób dziecko, co chcesz", jak i tę przeciwną - autorytarną.

Nie istnieje jedna "polska szkoła". Wśród 33 tys. placówek są takie, które stawiają na dyscyplinę, i te liberalne. To zależy od dyrektora, nauczycieli i środowiska.

Giertych chce "formowania całego pokolenia w duchu podstawowych kanonów klasycznego wychowania" i cnót takich jak: "prawdomówność, czystość, odpowiedzialność, pracowitość, uczciwość, rzetelność, odwaga, męstwo i patriotyzm".

- W tym ministerialnym rejestrze brakuje wolności, twórczości, niezależności i samodzielności. Czyli cnót potrzebnych dzisiaj młodemu człowiekowi, który musi rozwiązywać problemy współczesnego świata. Ale nawet kanonu Giertycha uczniowie nie będą w stanie realizować. Bo odpowiedzialność wymaga wolności, której uczniowie mieć nie będą, bo mamy ich krótko trzymać. W praktyce minister wdraża tylko jedną cnotę: posłuszeństwo.

Giertych zapowiada: "Wystarczy rozporządzenie, trzeba dopisać po jednej sekwencji do podstaw programowych". Strachy na Lachy czy rzeczywiście pozmienia programy nauczania historii, biologii, języka polskiego?

- Tego wszystkiego nie można lekceważyć. Bo programy szkolne minister może łatwo zmienić - ostateczny kształt rozporządzenia zależy wyłącznie od niego. Straszy też jego język: owo "formowanie" całego pokolenia, wynoszenie się ponad całą Europę, że to my ich nauczymy, jak powinien świat wyglądać. To, co powiedział o mundurkach, przypomina rewolucję chińską: chodzi tylko o podporządkowanie sobie całego społeczeństwa. I wreszcie ten koszmarny pomysł z nauczaniem o aborcji. Minister odkrył karty: chodzi mu o wychowanie oparte na strachu.

Aleksandra Pezda
Gazeta Wyborcza
03-07-2007

Giertych skreślił Gombrowicza. Ujazdowski jeszcze walczy. Premier Kaczyński mówi pas.

Nowy projekt kanonu lektur szkolnych pojawił się wczoraj na stronie internetowej MEN. Wrócili: Witkacy, Goethe, Kafka, Conrad, Dostojewski, Herling-Grudziński, o których walczyła "Gazeta" na czele frontu wykształciuchów. Tylko nie ma Gombrowicza.





Nieoficjalnie w ministerstwie mówią, że próbowali dopisać "Ferdydurke" nawet podstępem (w wykazie pisarzy emigracyjnych do wyboru), ale minister edukacji Roman Giertych był czujny: - Zmieniamy lektury, żeby zniknęły książki, które nie pokazują pozytywnego podejścia do wychowania - powiedział "Naszemu Dziennikowi".

- Kanon musi zawierać to, co ważne i wartościowe literacko. A Gombrowicz nie jest pisarzem "przeciw wartościom" czy "przeciw patriotyzmowi". Teksty Gombrowicza nie są ani antywychowawcze, ani destrukcyjne. To raczej dyskusja z polskością po to, by ją wzmocnić - protestuje Tomasz Merta, wiceminister kultury.

Oburzony minister kultury Kazimierz M. Ujazdowski wydał specjalne oświadczenie: "Kanon lektur musi być wolny od wszelkich prób ideologizacji".

Giertych zapowiadał, że projekt podpisze w poniedziałek, ale do wieczora tego nie zrobił.

Merta: - Jeśli minister podpisze, to złamie procedury. Powinien ostateczną wersję uzgodnić na posiedzeniu rządu.

Co może zrobić teraz minister kultury? - Ostatecznie takie spory rozstrzyga premier - mówi Merta.

Ale Jarosław Kaczyński już z Gombrowicza zrezygnował. Jan Dziedziczak, rzecznik rządu powiedział "Gazecie": - Za oświatę odpowiada minister Giertych. Nie udało się z Gombrowiczem, trudno. Ale udało się z innymi pisarzami!

A jeszcze trzy tygodnie temu premier mówił: - Nie wyobrażam sobie szkoły bez Gombrowicza.

• W „Ferdydurke” jest słynna scena pojedynku: szkolni koledzy Miętus i Syfon walczą na miny. U Gombrowicza wygrywają miny nobliwe i uładzone nad karykaturalnymi ohydami.

• W telefonicznym sondażu PBS DGA dla „Gazety" 45 proc. badanych uznało wczoraj, że min. Giertych pogorszy polską szkołę, a 35 proc. - że jego działania szkoły nie zmienią. Tylko 16 proc. jest zdania, że Giertych szkołę poprawi.

Aleksandra Pezda
Gazeta Wyborcza
03-07-2007

"Rz": Miliony na informatyzację niewykorzystane

PRZEGLĄD PRASY: Publiczna administracja nie umie wykorzystać unijnych pieniędzy przeznaczonych na informatyzację. Dotyczy to zarówno niewielkich urzędów gminnych, jak i ministerstw - pisze "Rzeczpospolita".


Chociaż z Internetu korzysta prawie 14 mln Polaków i praktycznie wszystkie firmy, to nadal nie ma możliwości, by za pomocą sieci cokolwiek od początku do końca załatwić w urzędach. Administracja chętniej wydaje pieniądze na transport czy ekologię niż na infrastrukturę informatyczną. Na ten cel wykorzystana została zaledwie jedna czwarta przeznaczonych na to unijnych funduszy z lat 2004 -2006 - podkreśla "Rz".

Użytkowników Internetu w Polsce wprawdzie przybywa, ale dzieje się tak głównie w większych miastach. W mniejszych i na wsi panuje internetowa posucha - tylko 22 proc. ich mieszkańców ma dostęp do globalnej sieci.

Niewiele jest spraw, które można załatwić, nie wychodząc z domu. Dlatego najrzadziej w Unii kontaktujemy się z urzędami przez Internet -robi to zaledwie sześciu na 100 Polaków. Od Norwegów, którzy przez sieć załatwiają 57 proc. urzędowych spraw, dzieli nas przepaść.

Szansą na zmianę tego stanu jest ponad 5 mld zł unijnych pieniędzy, z których samorządy będą mogły skorzystać do 2013 r. Ale już widać, że nie radzą sobie z informatyzacją. Ponad 70 proc. projektów IT jest opóźnionych. Większość pieniędzy trafia do urzędów marszałkowskich, a nie do gmin, gdzie są najbardziej potrzebne.

Przykład idzie z góry. Lokalna administracja ma z informatyzacją taki sam problem jak centralna. W tym roku miało być uruchomionych 16 rządowych projektów, a dotychczas rozstrzygnięto zaledwie dwa przetargi. Brakuje jednego odpowiedzialnego urzędu. Od czasu, gdy dwa miesiące temu Ludwik Dorn został marszałkiem Sejmu, stanowisko szefa komitetu RM do spraw informatyzacji jest nieobsadzone.

kar, PAP
Gazeta.pl
03-07-2007

Telewizja cenzuruje swój własny program

Małgorzata Raczyńska, dyrektor TVP 1, wstrzymała materiał o biurze podróży Neckermann w programie "Na celowniku". Reporterzy i producenci dokumentu, który stawia pod znakiem zapytania rzetelność biura, są oburzeni - pisze DZIENNIK.

"Nawet nie widziała tego filmu, a zdjęła go. Jest sezon urlopowy, zapewne wielu Polaków wykupiło wycieczki w Neckermannie, mają prawo dowiedzieć się, jakie niespodzianki ich czekają" - mówią twórcy.

Jak dowiedział się DZIENNIK, Raczyńska podjęła decyzję o nieemitowaniu programu po tym, jak na jej biurko trafił list od szefów biura. Żądali oni wycofania emisji dokumentu, zarzucając jego twórcom jednostronność i grożąc oddaniem sprawy do sądu.

"Łukasz Bajbak, który realizował cały reportaż, był agresywny i arogancki w stosunku do naszych pracowników" - tłumaczy Krzysztof Piątek, prezes Neckermann Polska. "Poza tym według nas tym programem jego producentka Joanna Wąsowska-Klimek chciała załatwić własne interesy, bo wykupiła u nas wycieczkę i w ostatniej chwili, tuż przed wylotem zorientowała się, że warunki jej się nie podobają. Uważam, że załatwianie prywaty przy takiej okazji jest nie fair".

Joanna Wąsowska-Klimek, autorka cyklu "Na celowniku", nie ukrywa, że zawarła umowę z Neckermannem, ale nie jest jedyną, której ta sprawa dotyczy. "Nie uprawiam prywaty, dziennikarz ma obowiązek poinformować o nierzetelności biura. W materiale jest opisywana sprawa moja, ale i innego bohatera, który znalazł się w podobnej sytuacji" - opowiada producentka.

"Chodzi o zapis w umowie, którą klienci zawierają z Neckermannem. Jest tam fragment po niemiecku, który dotyczy powrotu z wycieczki. Zgodnie z nim, jeżeli ktoś ma opłacony pobyt do piątku, wraca w sobotę nad ranem. Oznacza to, że musi opuścić hotelowy pokój najpóźniej do godziny 12 i np. do 3 w nocy, na którą zaplanowano wylot, jest w hotelu nieproszonym gościem. Ewentualnie może przedłużyć dobę hotelową, ale musi to zrobić na własny koszt" - tłumaczy.

Narzekających na usługi Neckermanna nie trudno znaleźć w sieci. W serwisie informacyjnym branży turystycznej od skarg na Neckermanna gęsto. "Brak profesjonalizmu i solidności" - pisze jedna z klientek. "Właśnie wróciliśmy z wycieczki na Kretę. Zupełnie przypadkowo dowiedzieliśmy się, że w piątek o godzinie 11 musimy opuścić hotel, a samolot mamy dopiero następnego dnia o 6.30 rano. Na nasze pytanie, czy mamy z dzieckiem (5 lat) iść na plażę, rezydentka bezczelnie odpowiedziała: tak. Nikt nas nie uprzedził, że będzie taka sytuacja. W efekcie byliśmy zmuszeni dopłacić 60 euro, żeby zostać do rana w pokoju".

Podobne rozczarowanie przeżyła Joanna Wąsowska-Klimek i, jak twierdzi, dla dobra innych ofiar Neckermanna zdecydowała się zrealizować film. Reporter "Na celowniku" pojechał do biura podróży, by spotkać się z rzeczniczką firmy Magdaleną Plutecką-Dydoń. Przypadkiem spotkał tam człowieka, który składał reklamację w tej samej sprawie. "Pracownicy biura nie chcieli pozwolić nam z nim porozmawiać, grozili policją" - mówi Łukasz Bajbak.

Decyzja o zdjęciu reportażu wywołała w telewizji wiele kontrowersji. "Teraz w sezonie urlopowym program mógłby być ostrzeżeniem dla tych, którzy wybierają się na wyjazd z Neckermannem" - twierdzi Wąsowska. "Program był kolaudowany przez prawnika i mojego bezpośredniego szefa Mariusza Pilisa. Nie mieli żadnych zastrzeżeń. Dyrektor TVP 1 podjęła swoją decyzję, choć nie widziała reportażu".

"Pismo od Neckermanna przyszło na trzy godziny przed emisją. Był czas na zwołanie kolegium" - mówi Mariusz Pilis, producent "Na celowniku", który odpowiada za dział reportażu w redakcji publicystyki TVP 1. "W tym materiale nie było żadnych uchybień. Nie rozumiem decyzji o przesunięciu tego w czasie. Telewizja nie powinna działać w ten sposób" - dodaje Pilis.

Małgorzata Raczyńska nie chciała rozmawiać z DZIENNIKIEM. Za pośrednictwem rzecznika TVP Anety Wrony powiedziała, że nie podjęła decyzji o zdjęciu programu, ale o jego wstrzymaniu do czasu zapoznania się ze wszystkimi okolicznościami. W sprawę ma zostać także wprowadzony Andrzej Urbański. "Mamy nadzieję, że prezes ją wyjaśni. Nie pozwolimy, żeby nas ktoś zastraszał czy cenzurował" - mówi Wąsowska-Klimek.

Na pytanie, czy sprawa trafi do sądu, jeśli TVP wyemituje program, Krzysztof Piątek z Neckermanna odpowiada: "Nie widzieliśmy tego filmu, ale z samych zajawek wynika, że jest on przepełniony agresją i nie uwzględnia się w nim naszego stanowiska. Sądzę, że nie spotkamy się w sądzie, bo telewizja go nie wyemituje".

Izabela Marczak, Anna Nalewajk
Dziennik.pl
02-07-2007

Prałat Jankowski: Nawet zatańczę i zaśpiewam

Ksiądz Henryk Jankowski ma wiele pomysłów. Chciałby na przykład, by jego instytut otworzył sieć kawiarni. Nie boi się swoim wizerunkiem firmować linii perfum. I jak zdradza w rozmowie z DZIENNIKIEM, namawia gwiazdę kina Mela Gibsona, by nakręcił o nim film.



Szef instytutu, prezes Olchowik, planuje przeprowadzić casting na kelnerki, które będą pracować w kawiarniach instytutu imienia księdza prałata. Czy to dobry pomysł?
Ks. Henryk Jankowski:
Jakoś trzeba to zrobić, a to bardzo popularna metoda.

Czy ksiądz prałat będzie w jury oceniającym kwalifikacje?
Osobiście nie mam nic przeciwko, ale nie będę dawał satysfakcji ewentualnym krytykom tej sytuacji.

Jakie predyspozycje musi posiadać przyszła kandydatka na kelnerkę?
W środku muszą być poukładane, uczciwe, powinny też mieć opinię od proboszcza.

A wygląd?
Wszystko musi być na najwyższym poziomie, żeby prezes instytutu nie musiał się wstydzić.

Czyli te piękne kobiety mają przyciągać do kawiarni i pana instytutu?
Jak będą trochę przyciągać, to dobrze (śmiech). Jednak okaże się, czy ta metoda się sprawdzi. Najwyżej będzie na Olchowika...

Koszulka, ręcznik, wizytownik, krawat, a nawet perfumy z wizerunkiem prałata. Czy ta komercjalizacja księdza wizerunku nie jest przesadą?
To bardzo dobry pomysł! Długo nie trzeba było mnie przekonywać do takich działań. W tej materii mam długoletnie doświadczenie, wszystko robiłem pod własnym nazwiskiem. Sam odpowiadałem też za swoje pomyłki. Lepiej jeśli dzięki mnie zarobią, niż mieliby stracić niezależność, będąc na czyimś utrzymaniu. Jestem za, póki to służy budowaniu dobra. Jak będzie trzeba, to nawet zatańczę i zaśpiewam!

Skąd pomysł, aby film biograficzny o księdzu wyreżyserował Mel Gibson?
To wielki człowiek i porządny katolik. Poza tym wybitny artysta. "Pasja" to prawdziwe arcydzieło. Osobiście jeszcze się nie spotkaliśmy, ale będzie okazja...

Jaka?
Żeby opowiedzieć o kimś historię, trzeba go najpierw poznać (śmiech).

Kiedy więc ksiądz spotka się z Gibsonem?
Nie wiem, ale coś słyszałem o wrześniu.


Piotr Nisztor
Dziennik.pl
02-07-2007